Skocz do zawartości
Nerwica.com

mam doła!


reirei

Rekomendowane odpowiedzi

Każdy ma doły. Ja nienawidzę swoich za to że pojawiają się w najmniej oczekiwanym momencie.Najgorszym problemem było zawsze jak tu powiedzieć kobiecie, że chce zostać sam. Zazwyczaj im bardziej nalegałem, tym bardziej się upierała "że coś mi jest" i nie może mnie w takim stanie zostawić. Szczerze mówiąc, może i miała rację, nie jestem w stanie określić co w takich momentach jest dla mnie lepsze. Może i powinienem pozwalać ludziom być ze mną, gdy "to" mnie dopada, ale hej, przecież nikt nie może widzieć jak płaczę.

 

Chyba zepsuję wam humor...

 

Jak głęboko człowiek potrafi zapaść się w sobie?

Ja pierwsze załamanie spędziłem w piwnicy, bez muzyki, światła i zegarka.

Nauczyła mnie tego moja matka. Zawsze ojciec doprowadzał ją do szału, potem się tłukli i robili mase wrzasku, następnie matka wychodziła.

W domu następowała cisza która boli. Wszyscy wiedzieli gdzie ona jest, ale woleli poczekać aż sama wróci. Czasami wracała, a czasami szliśmy po nią i rozmawialiśmy o problemach. Wszystko wracało do normy, a nawet było jeszcze lepiej. Chciałem sam to poczuć, zresztą, chciałem zrobić jej na złość. Dlatego zdecydowałem się, że zamknę się w tej piwnicy. Pomyślałem raz ona poczuje co po takiej ucieczce przeżywają ci którzy zostali, to już więcej tego nie zrobi.

I nie zrobiła, za to ja zmieniłem się o 180 stopni. Byłem wtedy gówniarzem i nie przypuszczałem nawet, że izolacja ma tak destrukcyjny wpływ na człowieka.

Czułem, że mnie nie ma. Świat kręcił się beze mnie i wiedziałem, że tak jest nam lepiej. Im dłużej tam siedziałem, tym lepiej się czułem. Dużo spałem. Bałem się tylko, że dostanę z głodu żółtaczkę, bo choruje na hiperbilirubinemię, ale wyszedłem po dwóch dobach i większych zmian nie było. Bynajmniej, czuje się zatruwany przez własną krew. Czuje się poprostu więźniem własnego ciała. Ja nienawidzę świata, a moje ciało nienawidzi mnie.

Oczywiście, po wyjściu pojechaliśmy do psychiatry. Moja mama wiedziała już wszystko, nie mogła sobie wybaczyć że nie zauważyła niczego wcześniej. Lekarz przepisał mi jakieś leki, ale właściwie już było za późno, bo ja poznałem najbardziej uzelażniający narkotyk na tym chorym świecie - IZOLACJĘ.

 

Izolacja to moje drugie imię. Oczywiście, nie z wyboru, poprostu już mam taką "tendencję do umierania". Odczuwam ogromną potrzebę izolacji mimo, że ciężko zbieram sie po niej zarówno fizycznie jak i psychicznie. Nie czuje wtedy głodu, ani chyba niczego nie czuje. Poprostu leżę i biję się z myślami. Zaczyna się od "ku*** jaki ja już jestem stary, miałem zdziałać tyle rzeczy", a kończy na "ile świat byłby piękniejszy gdyby mnie nie było". To jest ważne - "gdyby mnie nie było", to nie są myśli samobójcze. Śmierć to płacz i bezsilność. Nawet zniknąć to tragedia dla bliskich, więc niestety - odpada. Przynajmniej w moim przypadku. Ja zawsze żyłem dla innych, tyle miłości i czasu włożyła we mnie moja rodzina, moi przyjaciele, wogóle to jest ironia na skalę światową, przyjaciele mi mówią że jestem dla nich autorytem, nawet takie małe gnojki chcą być tacy jak ja, ale to wogóle jest już inna historia.

Chodzi o to, że jestem im wszystkim coś winien.

Więc? Konkluzja nasuwa się sama - im większa tragedia w środku, tym większy kamuflaż na zewnątrz.

Szkoda tylko, że im większy kamuflaż na zewnątrz, tym większa tragedia w środku. Ale to już muszę zatrzymać tylko dla siebie. Niczego nie da się zatrzymać, poprostu muszę żyć. Tylko, że jak na razie życie mi zbytnio nie wychodzi, przynajmniej wogóle nie przypomina tego co bym chciał. Jestem beznadziejny...

..i do tego taki stary - no i lecimy od początku. Tak można bez końca, sami na pewno o tym dobrze wiecie.

Ech poprostu szkoda gadać.

 

Najgorsze jest to, że wytrącają mnie z rónowagi byle głupoty! Kiedyś dla przykładu przeczytałem na lesbijka.org, że jakaś maniura po 7miu latach chodzenia i zaręczynach z chłopakiem spotkała jakąś-tam-dziewczynę, w której po prostu zakochała się na śmierć. SIEDEM LAT!!! Przecież to jest w pi*** czasu! Na te zaręczyny to przecież też się sama zgodziła! Nic to dla niej nie znaczy? Wtedy następuje więc burza mózgu, myśli typu "nigdy nie możesz być niczego pewien", "zawsze trzeba liczyć tylko na siebie i być gotowym na samotność" itd. oczywiście pojawiają się tez myśli typu "no i co?", "pojedynczy przypadek, miał pecha", "i co się przejmujesz, głupia lesba". Niestety, te drugie myśli nie przemawiają do mnie szczególnie. Trwa to jakiś czas, na koniec pada jakaś chora teza, np

"Chcesz być szczęśliwy - nigdy nie kochaj mocno"

i w tym samym momencie czuje się jakbym przegrał życie. Oczywiście takie zdanie wewnętrznie sobie zaprzecza, ale to jest już nieistotne, to jakby padł wyrok. Mam silną potrzebę miłości i poprostu marze o prawdziwej rodzinie. Nie umiem zakazać sobie kochać!!!!!!

Więc co robimy? Wyłączamy telefon, zamykamy drzwi i rozpływamy się w nicości... Nie pasuję do tego świata i nigdy nie zrozumiem zasad na których toczy się ta gra

 

Już mnie głowa boli od tego pisania.

Wczoraj siedziałem sobie w dołku do 4tej nad ranem. Ja chyba musze od czasu do czasu stoczyć się na dno, żeby mieć od czego się odbić.

Życie nauczyło mnie, że tylko rutyna i egzystencja typu "z dnia na dzień" jest jedynym wyjściem. Zawsze, gdy tylko staram się być za bardzo szczęśliwy, tuż za rogiem czai się wpier***. Nie wiem, może choruje na ChAD, ale poprostu zawsze tak mam. Dobra, kończe i tak nie wiem kto to wszystko jest w stanie przeczytać. Dziękuje Wam za ciepłe słowa przez pw i maila. Jak tu nie być od Was uzależnionym, kiedy tak o mnie dbacie ;) Jeszcze tylko polecę Wam film - "The Wall", kwintesencja izolacji, kto widział ten pewnie wie o czym pisałem.

Aha, wiecie kto mi może wystawić jakieś wirygodne zwolnienie do tyłu?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Nie wiem, nie pisałbym tego wszystkiego, gdybym choćby umiał zdiagnozować co jest nie tak. To co wiem i czuje - napisałem. Czuje potrzebę samotności, izolacji. Ale jednocześnie mam ogromny niedosyt miłości i zrdowych więzi rodzinnych. Nie chce dłużej liczyć tylko na siebie. Nie wiem co mam napisać. Chce żyć jak typowy, normalny człowiek, a nie ciągle tylko pod kreską. Ile można znosić te wszystkie mega doły. Dlaczego moim typowym problemem jest "kiedy wreszcie bede mógł pójść na uczelnię wszystko odkręcić", a nie np. czemu Kowalski depcze mi kwiatki w ogródku?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Reirei-dobrze piszesz! Masz talent.

 

Nie widze u Ciebie niczego nienormalnego, poza glebia zycia i wrazliwoscia.

 

Tylko, czego Ty szukasz na stronach dla lesbijek?

 

To nie dla Ciebie;-)

 

Nie martw sie. Jestes taki jak My, a Nas jest coraz wiecej:)

 

Pozdrawiam,

 

Zatracona w czekaniu na CUD

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

ta babka mnie nie rozumie a ja nie potrafie sie przed nia otworzyc tak całkiem bo boje sie ze zobaczy to całe gów.... w mojej głowie
więc jak ona ma ci pomóc, skoro nie jesteś z nią szczera. Wydaje mi się, że to tak jakbyś poszła do lekarza z grypą i udawała, że tylko pokaszlujesz. Nie takie "gówno" ona oglądała, wierz mi. Zresztą, od tego ona jest

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

jakie to życie jest poje****

chciałabym cos napisać ale brak mi słów

mogłabym ci napisac ,że ci współczuję ,ale pomyślałam sobie, że ty wcale nie chcesz współczucia bo przecież lubisz to co robisz.

 

jedyne co mnie martwi w tym wszystkim to fakt, że jesteś w tym bardzo pogubiony. piszesz otwarcie i z sensem . doskonale cię rozumiem. ja również w młodości zamykałam się w pokoju i słuchając the cure dołowałam się i czekałam kiedy nadejdzie ten moment ze zapłacze nad swoim nieudanym życiem a potem odbiję się od dna...i stanę w pionie i zacznę coś robic...

szkoda że mieszkałam sama i nie było przy mnie rodziców....wtedy nie miałabym tych dołów,...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

reirei, gratuluje przemyśleń,

jesteś wartościowym i inteligentnym człowiekiem.

Tia, same komplementy, niby wszyscy kochają, a po wyłączeniu kompa zostaniesz z tym sam... Otóż nie.

U mnie było zawsze tak, że często słyszałem na swój temat różne miłe opinie, że bystry, że uczuciowy.... ale im więcej takich opini słyszałem, tym bardziej uciekałem od nich. Paranoja. Jedni by się z tego cieszyli, i mieli w dupie własne zdanie, bo przecież inni oceniają mnie dobrze, a ja to wszystko negowałem, kamuflaż? Mówię Ci to po to, żebyś powiedział sobie » tak « jestem wartościowym człowiekiem, i mam prawo do szczęścia.

Czuję, że mam cholerne szczęście. Żeby zrozumieć to co Ci napisałem, nie musiałem być w takich sytuacjach jak Ty, były za to inne... My wszyscy tak naprawde cierpimy. Jedni bardziej, inni mniej, ale co to ma do rzeczy ? Poznałem Martę, i dzięki niej to zrozumiałem, poznałem ją teraz, w wieku 15 lat... Jestem młodym człowiekiem, nie mogę powiedzieć, że znam życie. Jednak moje doświadczenia, i moje odczucia są takie a nie inne, i jestem ich pewien w stu procentach.

reirei trzymaj się, i szukaj prawdziwej miłości, otwórz do niej serce, bo tylko ona może Cię uzdrowić.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Powiem Ci Shadow,że jakkolwiek u nerwicowców trudno o prawdziwą miłość,to jak się już ją spotka potrafimy jak nikt inny ją docenić. ja mam wspaniałego faceta i obce nam są problemy pozostałych,"zdrowych" par może poprostu bardziej wszystko szanujemy,może umiemy docenić szczęście. Czasem pytam siebie,czy gdybym nie miała nerwicy to potrafiłabym docenić to co mam czy może machnęła ręką i biegła dalej. jesteśmy silniejsi i wytrzymalsi jeśli chodzi o problemy no i przedewszystkim tak łatwo się nie poddajemy. ja czytam z przyjemnością jesli ktoś pisze o swoim szczęściu w miłości,bo poprostu wierzę w prawdziwą miłośc i te dwie połówki. także reirei pomysl o tym,ze może dzięki tej chorobie masz to czego nie mają inni: umiesz walczyć i tak łatwo nie poddajesz się (mimo,że tak Ci się może nie wydawać). Do noszenia tej choroby potrzeba naprawdę silnego charakteru

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

mogłabym ci napisac ,że ci współczuję ,ale pomyślałam sobie, że ty wcale nie chcesz współczucia bo przecież lubisz to co robisz
bibi, Ty czasami potrafisz napisać coś co bywa nie na miejscu, ale często trafiasz w samo sedno wypowiedzi. Właśnie na tym polega izolacja, ona jest z wyboru i człowiek czuje się w niej dobrze. Na tym polega jest destrukcyjna siła

 

jedyne co mnie martwi w tym wszystkim to fakt, że jesteś w tym bardzo pogubiony. piszesz otwarcie i z sensem . doskonale cię rozumiem. ja również w młodości zamykałam się w pokoju i słuchając the cure dołowałam się i czekałam kiedy nadejdzie ten moment ze zapłacze nad swoim nieudanym życiem a potem odbiję się od dna...i stanę w pionie i zacznę coś robic...

szkoda że mieszkałam sama i nie było przy mnie rodziców....wtedy nie miałabym tych dołów,...

Nie wiem co napisać. Po prostu podpisuje się pod tym

 

Tia, same komplementy, niby wszyscy kochają, a po wyłączeniu kompa zostaniesz z tym sam... Otóż nie.

U mnie było zawsze tak, że często słyszałem na swój temat różne miłe opinie, że bystry, że uczuciowy.... ale im więcej takich opini słyszałem, tym bardziej uciekałem od nich. Paranoja. Jedni by się z tego cieszyli, i mieli w dupie własne zdanie, bo przecież inni oceniają mnie dobrze, a ja to wszystko negowałem, kamuflaż? Mówię Ci to po to, żebyś powiedział sobie » tak « jestem wartościowym człowiekiem, i mam prawo do szczęścia.

Masz rację Shadow, podobnie, bardzo mądre słowa.

 

Czuję, że mam cholerne szczęście. Żeby zrozumieć to co Ci napisałem, nie musiałem być w takich sytuacjach jak Ty, były za to inne... My wszyscy tak naprawde cierpimy. Jedni bardziej, inni mniej, ale co to ma do rzeczy ? Poznałem Martę, i dzięki niej to zrozumiałem, poznałem ją teraz, w wieku 15 lat... Jestem młodym człowiekiem, nie mogę powiedzieć, że znam życie. Jednak moje doświadczenia, i moje odczucia są takie a nie inne, i jestem ich pewien w stu procentach.
Jesteś jeszcze bardzo młodym człowiekiem. Ja w Twoim wieku - paradoksalnie - byłem dużo silniejszy psychicznie niż jestem teraz. Życie złamało mnie dopiero gdy miałem 17cie lat. Nikt nie był w stanie mi pomóc, a zwłaszcza ja sam. Wymagałem desantu do szpitala. Wcześniej - podobnie jak Ty, byłem pewny swoich odczuć, doświadczeń i własnej świadomości. Zresztą nieważne. Wydaje mi się że Tobie to nie grozi - masz legendarną Martę :) . Cieszę się i gratuluję, że tak bardzo się kochacie.

 

Powiem Ci Shadow,że jakkolwiek u nerwicowców trudno o prawdziwą miłość,to jak się już ją spotka potrafimy jak nikt inny ją docenić. ja mam wspaniałego faceta i obce nam są problemy pozostałych,"zdrowych" par może poprostu bardziej wszystko szanujemy,może umiemy docenić szczęście. Czasem pytam siebie,czy gdybym nie miała nerwicy to potrafiłabym docenić to co mam czy może machnęła ręką i biegła dalej. jesteśmy silniejsi i wytrzymalsi jeśli chodzi o problemy no i przedewszystkim tak łatwo się nie poddajemy. ja czytam z przyjemnością jesli ktoś pisze o swoim szczęściu w miłości,bo poprostu wierzę w prawdziwą miłośc i te dwie połówki. także reirei pomysl o tym,ze może dzięki tej chorobie masz to czego nie mają inni: umiesz walczyć i tak łatwo nie poddajesz się (mimo,że tak Ci się może nie wydawać). Do noszenia tej choroby potrzeba naprawdę silnego charakteru
Właśnie dlatego tak bardzo nie nadajemy się na ten świat. Inni potrafią "machnąć ręką" i tyle, a my to wszystko przeżywamy.

 

Sami wiecie jak jest. Łatwość pisania o tym wszystkim jest odwrotnie proporcjonalna do tego jak ciężko to wsadzić w życie

 

 

 

o ku2, możecie mi nie uwierzyć, ale właśnie puściłem soczystego hafta :shock::shock::shock:

Ech ludziska, żebyście widzieli w jakim ja teraz ciężkim stanie jestem i bynajmniej nie ze zdołowania :lol::lol::lol: Jeszcze wczoraj dopadła mnie na g Olka i zprowokowała mnie do zastanowienia się nad paroma zmianami. Podniesiony na duchu udałem się więc do qmpla, gdzie całkiem przez przypadek ( ;) ) zebrało się całe nasze gangsta. Opowiedziałem im troche o swojej izolacji, oni oczywiście wszystko wiedzieli i wogóle.. było grejt. Jednak na koniec stwierdzili, że czują się zobowiązani wyleczyć mnie małą bibą i 40%wym lekarstwem. Nie ma o czym gadać........ :shock:

spadam na cherbatke ziołową ;)

 

Dziękuje Wam jeszcze raz za wszystkie Wasze słowa. Możecie być z siebie dumni :!::!::!:

 

reirei trzymaj się, i szukaj prawdziwej miłości, otwórz do niej serce, bo tylko ona może Cię uzdrowić.
Jeśli leczy kaca, to zaczynam od już ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Właśnie dlatego tak bardzo nie nadajemy się na ten świat. Inni potrafią "machnąć ręką" i tyle, a my to wszystko przeżywamy.

 

Sami wiecie jak jest. Łatwość pisania o tym wszystkim jest odwrotnie proporcjonalna do tego jak ciężko to wsadzić w życie

 

no tak,ale są dni lepsze i gorsze. ja jak pisałam tu o miłości to miałam taki w miarę dobry humor,teraz masakra. Wyrzuty sumienia,poczucie winy,ze jestem zła dla swojego faceta. i wtedy jest tak jak piszesz nie potrafię machnąć ręką,tylko przeżywam i cierpię. to,ze ktoś mógłby pomysleć o mnie żle,wydaje mi się najgorszą rzeczą pod słońcem. Śmieszne co? Ktoś mógłby nawet powiedzieć,że chyba nie mam prawdziwych problemów,że się takimi głupotami przejmuję. a ja właśnie cierpię z tego powodu, ze to co dla innych głupotą,mnie potrafi zwalić z nóg i jeszcze przygnieść do ziemi. I nie mogę NIE UMIEM przestać się tym przejmować,te bzdury huczą w mojej głowie,tak jakby ktoś płacił m8i za to,żebym znajdowała powody które świadczą,że jestem zła.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

I edytować postów :x;)

to,ze ktoś mógłby pomysleć o mnie żle,wydaje mi się najgorszą rzeczą pod słońcem

Patrycjo, ja mam ten sam problem, to jest właśnie główny motor mojej (i widać nie tylko mojej) nerwicy. Wypaść dobrze przed innymi. Nawet, gdy nikt nie patrzy, nam wydaje się, że zawsze jesteśmy w centrum uwagi :roll:

Nie przejmuj się swoim humorem, widzisz ja też miałem kocioł jak zakładaem ten temat, teraz patrzę już na "to" z wygranej pozycji. Musimy być silni i.. przydałoby się chyba troche - egoistyczni. Pozdrowienia i trzymaj się dzielnie :!::!::!:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Cechą każdego nerwicowca jest dążenie do perfekcjonizmu, my musimy wszędzie wypadac najlepiej!!!! stad ten nasz lęk przed oceną.............. niegdyś największy moj problem....:)
Olka, w takim razie jak z tego wyszłaś, czy tylko terapia jest na to sposobem?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Cechą każdego nerwicowca jest dążenie do perfekcjonizmu, my musimy wszędzie wypadac najlepiej!!!! stad ten nasz lęk przed oceną.............. niegdyś największy moj problem....:)
Olka, w takim razie jak z tego wyszłaś, czy tylko terapia jest na to sposobem?

Tak do konca to ja z tego nie wyszłam, ale zdecydowanie wrzuciłam sobie na luz......z ta perfekcja i z tym byciem najlepsza i tymi moimi ambicjami! Pomogła mi przede wszystkim terapia - zapisałam cała kartke a4 takimi moimi głupimi przekonaniami, potem pracowałysmy nad tym, by to wszystko pozmieniac.....znowu zapisała sie cała kartka i bez kitu ale musiałam w domu czytac to 100 razy i przypominac sobie o tym w kazdej sytuacji w ktorej chciałam byc znow perfekcyjna......a potem wiesz człwiekowi jakos to w krew wchodzi. Zreszta to mi sie strasznie spodobało!!!! Wiesz pod jaka presja zyje człwiek, ktory stawia sobie takie nierealne wymagania???? zupełnie nie potrzebnie naraza sie na stres i frustracje!!!! A jak tak sobie wyluzujesz.....od razu inaczej i powiem Ci ze wszystko lepiej sie udaje!

A potem terapia grupowa......tam sie wreszcie nauczyłam mowic ludziom otwarcie w oczy ze boje sie, ze jestem cała roztelepana, ze cała mokra...... i tak dalej. Wczesniej w zyciu!!!! - okropny stres zeby nikt nie zauwazył!!!!! A co sobie pomysli jak zauwazy???!!!Zreszta wreszcie dotarło do mnie to, ze inni lubia zwyczajnych ludzi.....nie perfekcjonistów, ktorzy wszedzie graja! Na pierwszym spotkaniu usłyszałam ze jestem wyrafinowana kobieta, ktora sie godzine zastanawia co powiedziec, zeby tylko pieknie sie wysłowic!!!! - czy to nie głupie? A kolejna rzecz o jakiej sie przekonałam to to, że inni wbrew temu co nam sie wydaje bardzo pozytywnie odbieraja nasze zdenrwowanie i inne "niedoskonałości"- jakie my zwalczamy za wszelka cene! Teraz jak sobie przypomne te niektore moje przekonania ........ to az sie sama sobie dziwie, ze mogłam sie tak nimi katowac!!!!! i dązyć do takich bezsensownych celów.....kosztem swojego dobrego samopoczucia. Teraz moge napisac sobie na czole ze mam nerwice....... i powiedziec do mikrofonu ze sie boje - ale tylko tyle na razie....hehe:)

W moim słowniku powstało kilka nowych wyrażeń- nie umiem, może mi sie nie udac, nie musze tego zrobic najlepiej, jestem w tym dobra ale znam ludzi lepszych ode mnie, nic sie nie stanie jak wyjde, jak nic nie powiem, ........eh....teraz to juz w ogole na wszystko sobie pozwalam.....dzieki temu mam duuuuuzo wiecej spokoju! I wcale nie siadłam na laurach...... wyniki sa wszedzie takie same....tylko wszystko to innym kosztem:)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Zreszta wreszcie dotarło do mnie to, ze inni lubia zwyczajnych ludzi.....nie perfekcjonistów, ktorzy wszedzie graja!
To fakt, też to widzę, co za ironia..

Kurde Olka chyba mnie przekonałaś do tej terapii, ale muszę najpierw zdać sesję, dopiero potem zdrowie :lol::lol::lol:

Dotychczas niestety terapia wogóle mi nie pomagała, strasznie się męczyłem tylko. Może teraz się uda, zobczymy :roll:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Przekonałam Kasika i Ciebie- szok :shock:

Wiecie co ?tam jest poprostu tak zajebiscie jak na tym forum :lol: szczerosc do bólu jak trzeba, oczywiscie bez zadnego obrazania....mmmmmm cudo!!!! Weźcie mnie zabierzcie mnie zesoba......ja chce jeszcze raz.....hehe :lol:

tylko uwaga jest mały problem......tam sie mozna zakochać...hehe :lol:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Nie wiem czy to dobre miejsce na moja historie, ale jak sie nie wygadam to zwariuje, wiec pozwole sobie napisac tu moja historie

 

Wlasnie rozpoczynam 6 rok zycia z nerwica lekowa. Gdy zachorowalam mialam 19 lat, wlasnie zdalam mature, dostalam sie na studia, myslalam, ze swiat nalezy do mnie, bylam taka szczesliwa. Pewnego dnia gdy wracalam z zakupow poczulam sie zle, zrobilo mi sie slabo, serce zaczelo mi sie tluc, brakowalo mi powietrza, drzaly mi rece. Usiadlam na lawce, poczulam, ze nie dam rady zrobic kroku dalej, myslalam, ze umieram, ludzie mijali mnie, a ja siedzialam i modlilam sie. Nie wiem jak dlugo siedzialam, w koncu podszedl do mnie kolego, ktory akurat tamtedy przechodzil, powiedzialam mu, ze zle sie czuje, zaprowadzil mnie do domu.

 

Powiedzialam rodzicom, ze czuje sie zle, nawrzeszczeli na mnie(zawsze wszystkie sprawy zalatwiali ze mna krzykiem), powiedzieli, ze to na pewno moja wina, ze nie jem witamin, nie chodze na spacery itp. Zrobilam badania, wszystko bylo w porzadku. Rodzice uspokojeni nakazali mi jesc witaminy, a ja...balam sie powiedziec, ze nadal czuje sie zle. Balam sie wychodzic z domu, kiedy tylko wychodzilam na dwor, wszystkie dolegliwosci wracaly, dusznosci, uczucie, ze zaraz zemdleje i ten potworny, paralizujacy strach.

 

Kiedy zaczelam studia bylo jeszcze gorzej, jazda autobusem naq uczelnie przekraczala moje mozliwosci, na wykladach nie moglam sie skupic, caly czas czulam potworny strach, ze zaraz zemdleje, meczylam sie tak 4 miesiace, pozniej zrezygnowalam ze studiow. Oczywiscie znow krzyk i awantura w domu, a ja balam sie powiedziec rodzicom prawdy, sklamalam, ze po prostu wybralam zly kierunek, ze nie interesuja mnie te studia.

 

Zamknelam sie w domu na 2 lata, nawet wyjscie do pobliskiego sklepu przekraczalo moje mozliwosci. Rodzice wyzywali mnie od leniow, twierdzili, ze jestem glupia i nieodpowiedzialna, a ja... plakalam i balam sie nadal. To wtedy dowiedzialam sie o czyms takim jak "nerwica lekowa". Poczulam jak wraca mi chec do zycia, pomyslalam, ze i dla mnie jest jeszcze jakas nadzieja, zebralam sie na odwage i powiedzialam rodzicom, ze chcialabym zglosic sie do psychologa. Kolejna awantura, ze wymyslam sobie choroby, ze powinnam sie wziasc do roboty, a nie gadac glupstwa i szukac chorob w sobie na sile. Co mialam zrobic? Skad wziac pieniadze na wizyte u psychiatry lub psychologa? Pogodzilam sie z mysla, ze musze poradzic sobie z tym sama.

 

Postanowilam wrocic do nauki. Wybralam dwuletnia szkole pomaturalna. Zmuszalam sie codziennie do jazdy autobusem, do siedzenia na wykladach. Na poczatku jakos dawalam rade, ale po kilku miesiacach strach mnie przerosl. Na zajecia jezdzilam z kolezanka jej samochodem, na wykladach i cwiczeniach zagryzalam wargi do bolu i modlilam sie, aby Bog dal mi sile to wytrzymac, pokonac ten lek. Udalo sie skonczylam ta szkole, choc Bog jeden wie ile wysilku mnie to kosztowalo.

 

Skonczylam szkole w lipcu ubieglego roku, myslalam, ze juz najgorsze mam za soba, niestety. Moj strach powrocil ze zdwojona sila. Znow siedze w domu, znow boje sie wyjsc za prog, siedze i rycze, bo wiem, ze nie dam sobie sama z tym rady.

 

Nie mam juz sil, nie chce mi sie zyc. Mam dopiero 25 lat, a czuje sie jak 80 letnia staruszka. Boje sie wyjsc z domu, boje sie stac w kolejce w sklepie, boje sie wsiasc do autobusu, tylko w domu sie nie boje.

 

Dziekuje, ze moglam tu napisac wszystko co mnie boli, naprawde nie mam komu sie zwierzyc, nie mam z kim o tym porozmawiac. Nie mam sily walczyc sama ze soba, nie dam rady. Przeraza mnie mysl, ze jedyne co mnie jeszcze w zyciu czeka to ten paralizujacy strach...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Po pierwsze musisz wiedzieć że nie jesteś tutaj sama. Są tu ludzie z różnymi problemami, każdy ma lęki i chwile załamania. Rozumiem twój lęk przed wyjściem z domu, jazdą autobusem bo sama go przeżywam. Jeśli rodzice Ciebie nie rozumieją, powinnaś zacząć działać na własną rękę i przede wszystkim pójść do psychiatry. Napewno dostaniesz jakieś leki które prędzej czy później Tobie pomogą. No i przede wszystkim rozmowa! U psychiatry najprawdopodobniej dostaniesz skierowanie do psychologa lub na terapię grupową - to bardzo pomaga! Trzymaj się, zaglądaj na forum jak najczęściej i pisz o swoich problemach.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

×