Skocz do zawartości
Nerwica.com

"Przebudzenie" de Mello - książka leczy


Gość refren

Rekomendowane odpowiedzi

Korba,

A rozdziału "O właściwym rodzaju egoizmu" nie przeoczyłaś? Może i jest takie zdanie w tej książce, ale jakoś nie kojarzę, żeby de Mello był fanem poświęcania się. Polecam też rozdział "Maskarada dobroczynności":

[istnieją trzy rodzaje spełniania dobrych uczynków]

"W końcu mamy trzeci typ, najgorszy, kiedy robisz coś dobrego tylko po to, by uniknąć złego samopoczucia. Jednak spełnianie dobra nie daje ci przyjemności, wręcz przeciwnie, wywołuje w tobie negatywne uczucia. Nie cierpisz tego. Poświęcasz się w imię miłości, ale ci się to nie podoba. No widzisz, jak mało o sobie wiesz (...)"

 

[Dodane po edycji:]

 

PS. Drodzy Admini, czy z okazji 200-ego posta nie przysługuje jakiś bonus?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

 

Ech... Nie trafiają już do mnie takie opowiastki podbudowane hasłami: "Spełnieniem miłości jest poświecenie, jej miarą brak egoizmu".

Bardzo piękne hasła, ale jak się to kurde ma do moich problemów?

 

a kto powiedział, że to się ma jakoś 'mieć' do Twoich problemów?

Mój pogląd jest taki, że osobiste problemy dają informację o nas. że coś jest nie tak i potrzebujemy uzdrowienia pewnych sfer naszego Życia, które o to krzyczą... Ta książka może dać wzrost ogólny, co z kolei może pomóc komuś lepiej rozumieć Siebie a dalej lepiej sobie radzić ze swoimi problemami, może nawet mądrzej Żyć.

ale nie daje dokładnych recept na rozwiązanie problemów dla każdego. by takiej znaleźć to już 'trzeba' zajrzeć samemu(lub z czyjąś pomocą) w głąb Siebie i rozwikłać co tam nie tak jest.

 

'trzeba', bo może wcale nie trzeba ;) ale jak dla mnie warto to zrobić

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

moje zdanie jest takie, że jeśli jesteś gotowa wywrócić swoje życie do góry nogami to ta książka może Ci pomóc w tym. porzucić wszystko co czyni Ciebie nieszczęśliwą. ale, żeby to zrobić trzeba dostrzec te rzeczy...

jeśli jesteś trochę mniej gotowa na to, to ta książka może Ci pomóc wzrastać by lepiej rozumieć siebie i lepiej Żyć przez to.

 

książkę uważam za wartościową i na pewno wrócę jeszcze do niej

ps. to tylko moje osobiste zdanie

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

De Mello nie tłumaczy sensu cierpienia w sposób religijny, tylko psychologiczno - duchowy. Uważa, że z cierpienia należy wyciągnąć wnioski, bo jeśli jesteśmy nieszczęśliwi, to znaczy, że popełniamy jakiś błąd. Uważa on, że szczęście jest naturalnym stanem człowieka, tylko ludzie sami wszystko sobie komplikują tworząc różne złudzenia i dlatego go nie odczuwają. Jest też przeciwny wyrzeczeniom bez głębszej świadomości - bo wyrzekając się czegoś, tylko się do tego bardziej przywiązujemy. Jego recepta: nie wyrzeczenie a zrozumienie - czyli przewrócenie do góry nogami swojego myślenia. Zajmuje się tym, co możemy sami osiągnąć, a nie sensem cierpienia jako takiego. Moim zdaniem to nie jest książka religijna, bo porusza inne zagadnienia, a związek jest pozorny. To po prostu propozycja lekarstwa na neurotyczne podejście do życia.

 

Tak, de Mello jest świetny, ale został zdjęty z lektur Kościoła dlatego, że pojmował Ewangelie na sposób Wschodni.

Brakowało tam mistyki, która jest sednem Kościoła, czyli komunii z Chrystusem, która najbardziej ulecza to, z czym sobie człowiek sam nie radzi.

Swiadomość siebie jest ważna i tu zrobił wiele, ale to nie wszystko. Musi być jeszcze Duch. św.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Tak, Kościół Kościołem, ale to książka psychologiczna i duchowa moim zdaniem, a nie religijna. I chyba nie pretendowała do roli prawdy objawionej, więc zarzuty teologiczne wobec niej moim zdaniem są bez sensu. Fakt, że de Mello był zakonnikiem katolickim i dlatego oczekiwano od niego głoszenia prawdy Bożej, jednak natura psychologa przeważyła w nim nad naturą zakonnika. Co nie zmienia moim zdaniem faktu, że jego myśli są fenomenalne i leczące neurotyczne podejście do świata i ludzi po całości i konsekwentnie. Duch Święty to oddzielna sprawa, ale sami też możemy sporo zrobić, także jeśli w niego nie wierzymy. Ja wierzę i nie widzę, żeby ta książka mi zaszkodziła.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dobrze to ująłeś, zgoda.

 

Jednak pełna prawda jest taka, że bez mistyki, czyli odpowiedzi Łaski na praktykę jest o wiele trudniej.

Ale de Mello jest świetny na początek, byle potem nie stać w miejscu.

 

Wiem to, bo przeczytałam prawie wszystkie jego książki, zgodziłam się z jego wszystkimi tezami, ale mnie to nie zmieniło.

Zmieniła mnie dopiero spowiedź, komunia i modlitwa, czyli praktyka, nie wiedza.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Circ, w zasadzie zastanowiłam się i to nie jest cała prawda, to co napisałam. Za pierwszym razem jak przeczytałam, to trochę mi to namieszało, tzn poczułam, że Bóg już nie jest potrzebny mi do szczęścia, bo wszystko można osiągnąć samemu i że nawet przeszkadza. Potem życie szybko to zweryfikowało, dlatego uważam, że nie można traktować de Mello jako nowego objawienia religijnego, tylko jako książkę duchową i psychologiczną. Ale warto z niej jak najwięcej czerpać.

Szklanyczłowieku, a kto Ci powiedział, że wyzdrowiejesz po przeczytaniu? Od samego przeczytania nic się nie zmienia,a poza tym książka nie musi rozwiązywać wszystkich indywidualnych problemów i trafiać we wszystkie zaburzenia. Ale mi bardzo pomogła, jeśli chodzi o relacje z innymi ludźmi, dała mi dużo wolności i zdrowego rozsądku. I dużo szczęścia, po jakimś czasie, dlatego polecam. Też mnie nie uleczyła, ale gdybym przy wszystkich swoich problemach pozostała przy moim starym, neurotycznym podejściu do świata, to nie miałabym szans, żeby wytrzymać najgorsze lata i mieć na cokolwiek siłę. Przynajmniej ten balast się zmniejszył.

Mam nadzieję, że nie żyjesz tylko od jednej zmiany leków do drugiej, tylko robisz coś jeszcze.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

jego myśli są fenomenalne i leczące neurotyczne podejście do świata i ludzi po całości i konsekwentnie.
Dla mnie ta książka była objawieniem, "wyleczyła" mnie z masy fałszywych przekonań o ludziach i życiu, zmieniłem po jej przeczytaniu wiele swoich poglądów, całe szczęście, że ją znalazłem kiedy miałem 16 lat, bo moje życie mogłoby się potoczyć zupełnie inaczej, (czyt. jeszcze gorzej).

Dużym stopniu dzięki niej zostałem kilka lat później osobą niewierzącą :shock:

 

ale na pewno sama książka nikogo nie uleczy, czegoś w niej brakuje, konkretów, to jest książka przede wszystkim dla ludzi zdrowych, ale żyjących z masą fałszywych wyobrażeń o świecie i w takich przypadkach, jak ktoś jest otwarty, to może mocno nim potrząsnąć.

 

BTW. Sam Benedykt XVI, jako szef Kongregacji Nauki Wiary wpisał ją do "indeksu ksiąg zakazanych", ale ja stoję bardziej za jej autorem niż dogmatami kościoła, który nie jest dla mnie żadnym autorytetem, tylko instytucją uzurpującą sobie prawo do jedynej "słusznej wersji", a niestety przedstawiciele tej religii (innych oczywiście też) oprócz głoszenia swoich prawd objawionych nie byli nigdy zbyt wiarygodnymi ludźmi.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Indeks ksiąg zakazanych już dawno nie istnieje :twisted: , Kościół po prostu się odżegnuje od de Mello, ponieważ jako zakonnik mógł być utożsamiany z nauką Kościoła. W tej notatce kard Ratzingera (wtedy), o którą się chyba rozchodzi, jest też m.in zdanie: "Jego dzieła, mające prawie zawsze formę krótkich opowiadań, zawierają pewne doniosłe elementy mądrości wschodniej, które mogą pomóc w osiągnięciu panowania nad sobą, zburzyć owe więzy i uczucia, które przeszkadzają w byciu wolnym, zmierzeniu się w pokoju z różnymi wydarzeniami pozytywnymi i negatywnymi w życiu człowieka"

Czego wszystkim życzę.

Nieznane jest jak dotąd stanowisko Boga w sprawie de Mello. :brawo::?::nono:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

kris1966: "Stanowisko Boga jest znane,zabrał go stąd dość wcześnie i nagle(atak serca czy coś takiego).

Przypadek? ;)"

Oj tam, może chciał mu szybciej dać nagrodę w niebie? Z Bogiem to nigdy nie wiadomo do końca ... ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

A najbardziej mnie śmieszy całe to Centrum Duchowości DeMello.Wydali już wszystko(kuj żelazo puki gorące),teraz wydadzą pewnie w formie dzieł zebranych paragony z marketów i kwity z pralni znalezione po jego śmierci w kieszeniach.Do tego "Centrum" to zjeżdżają się pewnie najbardziej snobistyczni konsumenci duchowości(duchowej masturbacji?)z całego świata.

Uważam,że kardynał(wtedy)Ratzinger miał rację.

Sorry,ale dziś mam taki klimacik.

 

[Dodane po edycji:]

 

Piszę tak dlatego,bo sam kiedyś wtopiłem w DeMello na 150 procent.Akurat rozwijająca się nerwica pozbawiła mnie kręgu znajomych i hasło typu"Kury żyją w stadzie,orzeł żyje sam"-trafiło na podatny grunt.I jeszcze jedno takie hasło:"Świat jest do tego stopnia popier...(czy jak tam),że jeśli wszyscy są co do czegoś zgodni,to możesz być pewien,że się mylą".

A pracę nad świadomością uczuć(dzięki tej książce)kontynuuję nadal.

Co ja nie wyrabiałem z powodu DeMello.Jeżdziłem w góry do szałasu na całe tygodnie,chociaż to akurat było fajne,podejmowałem próby medytacji,łaziłem na spotkania z mistrzem Zazen.Czasami czułem że mi odjechało,bo ludzie się na mnie dziwnie patrzeli.Jak człowiek nie ma poczucia własnej godności to wszystko staje się zniewoleniem.To miała być taka duchowa Zosia-samosia("ja siama,ja siama!").

I to jest moim zdaniem największa pułapka z tym DeMello.Człowiek nie popuści,nadal chce mieć nad wszystkim kontrolę.

W sprawach psychologicznych uważam,że jest bardzo pomocny,ale w sprawach duchowych-z tym ostrożnie.

Żeby tylko nie było tak,że pasjonowanie się tymi mądrościami nie odsuwało na dalszy plan innego tematu,który jest bardzo trudny i boli-moja relacja z drugim człowiekiem,z innymi ludzmi.U mnie tak właśnie się stało.Uważam,że bardziej pomocna jest wspólnota,gdzie drugi człowiek jest dla ciebie jak lustro.Albo na przykład grupa 12 kroków(to nie tylko dla AA)gdzie znajdujesz drugiego człowieka na tzw.Wykrywacza kłamstw.

A tak z innej beczki,co do Jezuitów.Ile już było przypadków,że oni się tak rozwijali,rozwijali,i ciut za bardzo się rozwinęli.W świecie-DeMello,w Polsce-Stanisław Obirek.A przecież ich założyciel Loyola cnotę posłuszeństwa stawiał bardzo wysoko.Był posłuszny papieżowi,chociaż ten robił w tym czasie niesamowite przewały.Loyola wierzył,że pomimo takich błędów i zwyczajnej ludzkiej ułomności Duch Św w sprawach wiary i kościoła nie pozwoli papieżowi się mylić.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Nie zauważyłam, żeby de Mello namawiał do życia w szałasie i spotkań z mistrzami Zen. Nie można go obarczać odpowiedzialnością za to, co ludzie robią z jego słowami i jak je sobie zniekształcają. Sama miałam taki etap, ale nie winię za to książki.

Z tą samotnością, to nie jest takie proste, de Mello pisze, że dopiero wyzwalając się z uzależnienia od innych można naprawdę cieszyć się relacjami z innymi. Czyli przez samotność z powrotem do ludzi - ale na sposób dojrzały i bez obarczania ich odpowiedzialnością za własne szczęście.

Jeśli chodzi o centrum, to z każdej idei czy religii można zrobić jakąś papkę dla mas. Tak jak kabała (Madonna) ma wyrastać z judaizmu, a "Pięść mistrza Zen" (czy coś tam) z buddyzmu.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Wszystko to co on głosi jest już podane w Piśmie Świętym.O tej samotności np:"Jeżeli ktoś nie ma w nienawiści ojca i matki,braci i sióstr...itd nie może być moim uczniem"

Tylko że to nie jest podane tak efektownie,a u DeMella przeplatane humorem,opowiadane ze swadą.

A poza tym nasza wiara jest wiarą w Boga jako osobę,no to jak jezuita zaczyna gadać inaczej,to jest problem.

 

[Dodane po edycji:]

 

I zgadzam się z tym co pisze circ,mnie też zmieniło dopiero życie sakramentami,a nie wiedza.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

ad "Jeżeli ktoś nie ma w nienawiści ojca i matki,braci i sióstr...itd nie może być moim uczniem" - no tu raczej chodzi o wiarę w Jezusa jako najważniejszą i jedyną prawdę, która nie uznaje kompromisów nawet pod wpływem najbliższych osób. Nawiasem mówiąc mądrość Pisma Św zasadza się na sprzecznościach, bo również czytamy:

(1.List św Jana 2.9): " Kto twierdzi, że żyje w światłości, a nienawidzi brata swego, dotąd jeszcze jest w ciemności. Kto miłuje swego brata, ten trwa w światłości i nie może się potknąć. Kto zaś swojego brata nienawidzi, żyje w ciemności i działa w ciemności, i nie wie, dokąd dąży, ponieważ ciemności dotknęły ślepotą jego oczy"

(4. 20): "Jeśliby ktoś mówił: Miłuję Boga, a brata swego nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi. Takie zaś mamy od Niego przykazanie, aby ten, kto miłuje Boga, miłował też i brata swego."

 

Wracając do de Mello, uważam, że przeciwstawianie de Mello i wiary nie jest istotą jego zrozumienia, ponieważ różnica polega na tym, że wiara mówi o Bogu, a de Mello o Nim NIE mówi (bądź mówi pozornie), dlatego to nie jest książka religijna i konkurencyjna wobec np. Biblii. Problem się zaczyna moim zdaniem, gdy ktoś tego nie rozumie i zastępuje wiarę "Przebudzeniem".

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Przypis do tego cytatu"Jeśli ktoś przychodzi do mnie,a nie ma w nienawiści swego ojca i matki..." jest taki:"Jezus nie żąda uczucia nienawiści,lecz całkowitego i niezwłocznego odłączenia się(por Łk 9,57-62).

Więc tu jest mylenie pojęć,choć słowo te same.

Zresztą istotą nerwicy jest ten rodzic w nas,którego nie możemy się pozbyć(wszystko to,co wdrukowane z dzieciństwa).Psychologowie mówią-zerwanie tych neurotycznych więzów z rodzicem jest konieczne w procesie zdrowienia.Ale to taka moja dygresja.

"Przebudzenie" jest takie efekciarskie,takie bardzo amerykańskie,takie niby proste wszystko,pozbędziesz się cierpienia itd.Faktem jest,że świadomość uczuć i świadomość różnych własnych przywiązań pomaga pozbyć się zbędnego cierpienia,sam to stosuję.

Ale powiedz sama szczerze,refren,pozbyłaś się dzięki tej książce przywiązania do osób/osoby,czy tylko zyskałaś miłe poczucie,że coś robisz i wiesz jaki kierunek?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Pozbyłam się. Szczerze. Ten proces trwał parę lat i zaczął się zanim trafiłam na Przebudzenie, bo wcześniej doszłam do skrajnego uzależnienia...od akceptacji przyjaciółki. I przestałam paraliżować siebie myślą, jak inni mnie odbierają. I czuję od tego momentu, że mniej mam do dźwigania, bo z problemami psychicznymi i bez tego jest wystarczająco do dźwigania.

A u de Mello nie jest wszystko takie proste, wielu ludzi zdecydowanie odrzuca tę wizję, bo wydaje im się nieludzka. Myślę, że de Mello nie darmo mówi o pustyni, jak również ma rację, że pustynia zakwita (i to jest właśnie ten powrót ludzi do naszego życia na nowych zasadach)

Co do rodzica, to jest to tylko jedna z koncepcji, właśnie piszę pracę o obsesjach (w literaturze) i na samym wstępie mam co najmniej trzy inne koncepcje,które pasują do moich przykładów (z wielu do wyboru), a mowa tylko o nerwicy natręctw, a nie ogólnie. Także nie do każdego stosuje się ta sama koncepcja i są różne przyczyny.

 

PS ad "Więc tu jest mylenie pojęć,choć słowo te same" - właśnie o to chodzi, że słowa te same, ale trzeba je czytać duchem. A przeciwieństwa w Piśmie Świętym, też mają związek z koncepcjami co do nerwicy : chodzi o nerwicę na tle religijnym. Mówi ona, że Bóg jest pełnią, to jest splotem przeciwieństw (to koncepcja teologiczna), natomiast neurotyczny obraz Boga łączy się z utożsamieniem go tylko z jedną stroną przeciwieństwa : np. tylko sprawiedliwy i karzący, a nie miłosierny.

A przecież "Bóg jest dla nas równocześnie Najdalszym i Najbliższym, jest wielkim Milczącym, a jednak przemawia do nas ze wszystkich rzeczy, jest Najświętszym, a jednak dopuszcza się okrucieństwa, jest nieubłaganie Sprawiedliwym, a jednak do głębi Litościwym"

(J.Rudin, Neurotyczny obraz Boga)

tu są linki z namiarami na tego autora, niestety nie ma artykułu bezpośrednio w necie:

http://www.eneteia.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=130&Itemid=1

http://badzwolny.eu/index.php?option=com_content&task=view&id=839&Itemid=128

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Według mnie deMello nie mówi nic,czego nie mówiłaby wcześniej biblia.Tylko on próbuje się uporać z problemem fałszywej jażni przy pomocy umysłu.To jest w tym rozdziale,w którym mówi o "ja"-"Czym jest ja,a raczej-czym nie jest".A Jezus mówi tak:kto chce iść za mną musi się wyzbyć wszystkiego,co posiada,oddać swoje życie na służbę Bogu.Święty Paweł mówi:"Ze względu na Chrystusa uznałem to wszystko za śmieci..."

Czyli ogólnie chodzi o to samo:Ogołocić samego siebie.Wydaje mi się,że trzeba być człowiekiem niezwykle silnego charakteru,by przeprowadzić ten proces intelektem,bez obietnicy,jaką daje Jezus.

Ja próbowałem się pozbyć rzeczy materialnych i choćby w tym zakresie-wiem jak jest ciężko-moją kolekcję gitar-te najcenniejsze,to po prostu przepłakałem parę nocy.

A co do Biblii i deMello,to przyszło mi do głowy takie porównanie tychże do muzyki.Biblia to jest muzyka klasyczna-czyli potrzeba osłuchania i przygotowania do cięższych jej odmian(taka Apokalipsa śwJana to taki Gustav Mahler),a deMello to taki pop music,czyli coś miłego dla ucha i dla oka.

Anthony deMello-król popu(duchowego).

Zresztą,czy byłby on popularny,gdyby pozostał przy swoim oryginalnym hinduskim nazwisku?I jak patrzę na You tube na jego występy: z wolna rozjaśnia się światło,król popu wstaje z metalowego wysokiego krzesełka,z wolna się przechadza,miękkie ruchy rąk,twarz-moim zdaniem trochę się napina(bo już na zdjęciu w książce,w tych grubych okularach nie wygląda zbyt intrygująco).Jednym słowem_amerykański Show business.

Czyli proponuję-od popu-do muzyki klasycznej :D

Przed "Przebudzeniem" u mnie w ogóle pojęcie "duchowości" nie istniało.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

kris1966 "Ja próbowałem się pozbyć rzeczy materialnych i choćby w tym zakresie-wiem jak jest ciężko-moją kolekcję gitar-te najcenniejsze,to po prostu przepłakałem parę nocy."

?! łoł! Ale już z Tobą lepiej?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

A pewnie,i lżej,i poczucie niespełnienia(w muzyce)mniej dokucza,i czuję się trochę bardziej zahartowany do podobnych działań na przyszłość.A tak piszę o tym dlatego,ze miło się czyta np.krótkie opowiadania deMello,czy nawet wdraża w poznawanie Biblii,ale tak przejść do konkretnych działań-to już zaczynają się schody.

Przekraczać siebie nie jest łatwo.Zresztą wiesz na pewno o tym sama.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jasne, tylko zdziwił mnie Twój radykalizm z tym nie przywiązywaniem się do rzeczy. Może to było jakieś potrzebne Ci doświadczenie, ale moim zdaniem nie przywiązywanie się to raczej coś duchowego, postawa, która sprawia, że jesteś wolny wobec osób i rzeczy. Bo dopóki tu żyjemy, to potrzebujemy przedmiotów, jedzenia, pieniędzy (niestety) i obecności innych ludzi (żeby nie sfiksować). Byle nam to nie zabierało wolności i byle byśmy się umieli tym dzielić i poświęcić to - jeżeli jest coś ważniejszego.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Właśnie ten radykalizm jest tutaj sednem("Obyś był zimny albo gorący").Ale ja raczej nie jestem radykalny.Zanim to zrobiłem nie uważałem się za materialistę,a pozbycie się tych gitar otwarło mi oczy.

I przede wszystkim ja sam bym na to nie wpadł,zostałem zaproszony do wypełnienia dosłownie tego fragmentu:"Idż,sprzedaj wszystko co posiadasz,i daj ubogim,a będziesz miał skarb w niebie.Potem przyjdż i chodż za mną"(Mateusz,rozdz.19,16-22).Działo się to w mojej wspólnocie i część osób po prostu odpadło i przestało przychodzić.Może mieli za dużo do oddania?

A ja sobie to doświadczenie bardzo cenię i wiem,że jeszcze tych słów nie wypełniłem,jeszcze trochę tego sprzętu zostało.

Bo jeśli wierzysz naprawdę,to zrobisz to,przecież wierzysz,że Bóg nie zostawi cię samego w tym położeniu.Dowiesz się o istnieniu Boga!(bądż nie istnieniu).

Tak piszę o tym dlatego,że duchowość to nie jest taka prosta sprawa,poczytać sobie opowiadanka deMello,lub nawet coś teologicznego,pomedytować lub pomodlić się..fajnie ale co z tego wynika?

Ktoś powiedział,że wiara nie może być kompletna,jeśli nie sięgnie głęboko do kieszeni.

Duchowość wymaga,ale daje niesamowite owoce.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

"Obyś był zimny albo gorący" - według mnie to dotyczy stosunku do Boga, prawdy - albo jesteś zaangażowany w szukanie prawdy, albo ci zwisa i wszystko jest za jedno - jesteś letni.

Interpretowanie wszystkiego dosłownie jest niebezpieczne. Orygenes wyłupał sobie oczy ("jeżeli Twoje oko jest powodem do grzechu...") i nie został świętym.

Duchowość nie zawsze jest łatwa, ale zawsze musi mieć sens.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×