Skocz do zawartości
Nerwica.com

Zjazd


asdfgh123

Rekomendowane odpowiedzi

Cześć, mam 21 lat i dużo problemów, z którymi nie jestem sobie w stanie poradzić. Chcę napisać ten post, bo chyba muszę się komuś po prostu wygadać, trzymanie tego wszystkiego w sobie mnie niszczy.

W sumie to problemem jest to, że w ciągu ostatniego roku przez moje błędne decyzje straciłem w moim życiu absolutnie wszystko co ceniłem i co nadawało mu sens.

 

Jeszcze trochę ponad rok temu, pod koniec 2014 byłem naprawdę szczęśliwym człowiekiem, to był mój najlepszy czas w życiu.

Studiowałem na perspektywycznym kierunku na Politechnice Wrocławskiej, byłem w związku z dziewczyną moich marzeń, jedyną którą przez całe życie kochałem (razem studiowaliśmy), byłem zdrowy psychicznie i fizycznie, rozwijałem swoje 2 pasje - siłownie i boks, miałem naprawdę fajnych kumpli na studiach. Nie byłem żadną wybitną jednostką, ale ciężką pracą doszedłem naprawdę do sytuacji, w której byłem zadowolony z życia, czułem się prawie spełniony.

Pod koniec 2014 roku, w połowie 3 semestru na studiach stało się jednak coś niedobrego. Miałem taki gorszy okres, byłem trochę zmęczony psychicznie, oblałem kilka egzaminów na studiach, pokłóciłem się z jednym z najbardziej wymagających i gnębiących studentów profesorów na uczelni no i w afekcie zrezygnowałem. To były takie 2-3 tygodnie, gdzie zebrało się we mnie dużo frustracji, agresji i w ten sposób dałem temu wszystkiemu upust - spina z profesorem i rzucenie studiów. I to w moim życiu był moment zwrotny.

Wtedy pomyślałem, że to szansa żeby pójść inną drogą, która zawsze mnie interesowała - policja. Od dziecka pociągała mnie ta formacja, jednak po liceum uległem przekonaniu, że lepsza przyszłość czeka mnie jeśli zdobędę wykształcenie inżynierskie.

Tak czy siak po rzuceniu studiów poszedłem do pracy i rozpocząłem proces rekrutacji do policji. I jak zaczęło się wszystko psuć:

Straciłem dziewczynę - kiedyś całe dnie razem, najpierw na uczelni, potem po zajęciach. Po rezygnacji wszystko się zepsuło, nie mieliśmy dla siebie czasu, oddaliliśmy sie... W dodatku to była Politechnika - na 1 ładną dziewczynę przypadało ze 30 chłopaków. Z czasem znalazłą sobie kogoś innego, ja poszedłem w odstawkę. Ta strata boli mnie chyba najbardziej, bo dla mnie to już była ta jedyna i w sumie o momentu rozstania (ok. rok temu) ciągle mam ją w głowie

Następnie straciłem zdrowie, pasje i perspektywy zawodowe - pewnego dnia na treningu podczas wykonywania martwego ciągu ze zbyt dużym ciężarem uszkodziłem sobie trwale kręgosłup w odcinku lędźwiowym. Bóle są w sumie lekkie i występują tylko w sytuacjach kiedy obciążam kręgosłup (schylanie, stanie kilka minut w bezruchu, garbieie się), jestem w stanie normalnie funkcjonować, ale zostałem de facto kaleką na całe życie. To zmusiło mnie do pożegnania się na dobre z boksem, z pracą w policji, a ćwiczenia na siłowni mam dość mocno ograniczone.

 

I tak oto kompletnie złamało się moje życie. W pół roku zaliczyłem zjazd od gościa, który miał wszystko, do kompletnego zera. Bo nie zostało mi już nic. Miłość, zdrowie, sport który kochałem, perspektywy zawodowe - wszystko przepadło.

Aktualnie jestem w innym mieście niż Wrocław, studiuje na humanistycznym gównokierunku, nie mam motywacji do niczego, nie mam chęci do życia, jakiegokolwiek wsparcia z zewnątrz... Straciłem dobry kontakt z rodziną, zacząłem palić papierosy, wieczorami czasem pijam w samotności wódkę, gram w gry komputerowe, oglądam porno i wale konia. Zdarza mi się też po prostu płakać. Bez konkretnego powodu, po prostu myślę nad tym co było i mam łzy w oczach, mimo że wcześniej nie płakałem pewnie kilka ładnych lat.

 

Dodatkowo kilka miesięcy temu moja była rozstała się ze swoim chłopakiem dla którego mnie zostawiła. Odezwała się do mnie po dłuższym czasie bez słowa, stwierdziła że popełniła błąd, chce do mnie wrócić itd. Byliśmy ze sobą przez miesiąc, po którym zdradziła mnie z jakimś kompletnie przypadkowym kolegą, stwierdziła że kiedyś byłem inny, teraz już nic do mnie nie czuje i papa. Drugi raz to samo. I do tego momentu jakoś się mimo tych moich wszystkich problemów trzymałem, ale ta sytuacja rozłozyła mnie już kompletnie na łopatki.

 

Nie widzę dla siebie już żadnej przyszłości, nie mam żadnych perspektyw. I to nie jest kwestia mojego widzimisię. Po prosu pewne drogi którymi chciałem iść są już dla mnie na stałe, permanentnie zamknięte i nijak tego nie zmienie. Moje ostatnie 2 miesiące życia to beznadziejna wegetacja. Jem byle co, nie chce mi się nawet dbac o higienę, śpie po 12 godzin na dobe, mój pokój wygląda jak chlew, nie mam prawie żadnego parcia na kontakty z ludźmi, dzisiaj znów piłem wódkę. Chyba dlatego w sumie pisze... Po prostu wszystko straciło dla mnie sens. Mam 21 lat i chyba już przegrałem życie.

 

Dzień w dzień kilka godzin zajmuje mi rozmyślanie nad tym co zrobiłem źle i dlaczego to wszystko się tak potoczyło. Nie da się tego wyrzucić z głowy. Nawet dziś w nocy śniłymi się te studia we Wrocławiu, koledzy, dziewczyna... Tamta rezygnacja to była najtragiczniejsza rzecz jaką mogłem chyba zrobić w życiu i nigdy sobie jej nie wybacze. Codziennie myślę o tym jak chciałbym cofnąć czas do tamtego momentu i nie rezygnować, tylko przetrzymać ten głupi okres i iść dalej swoją drogą. Dobrowolnie złożyłem wtedy broń i doprowadziłem się do takiego stanu. To jest najgorsze - nikt mnie do tego nie zmusił, to nie był wypadek losowy - to była moja indywidualna, niezależna decyzja. Tylko ja za to ponoszę odpowiedzialność. Zniszczyłem sobie życie na własne życzenie.

 

Aktualnie często myślę o samobójstwie. Ale to nie jest wynik zaburzonej biochemii mojego mózgu. Uważam, że jestem w stanie myśleć trzeźwo i po prostu jeśli coś prowadzi donikąd to należy to zakończyć. Przegrałem, akceptuje to i koniec, nie ma sensu tego dalej ciągnąć na siłę, bo nie ma po co. Porażki i negatywy w moim życiu aktualnie miażdżą bez pardonu wszystkie pozytywne aspekty, których praktycznie nie ma. Taki wychodzi po prostu bilans.

Może się trochę wywyższam, ale znam swoją wartość, wiem, że miałem predyspozycje aby osiągnąć w życiu sukces i nie zaakceptuje takiej gównianej egzystencji jaką obserwuje wokół siebie. Kiepska praca, byle jaka kobieta, chlanie z kolegami jako najlepsze momenty tygodnia, brak celów, brak ambicji, po prostu wegetacja - tak żyje multum przeciętnych ludz wokół mnie. I do tego niestety chyba też zmierza mój żywot, tylko że ja się z tym nigdy nie będę mógł pogodzić... Pzepraszam jeśli kogoś tym dotykam, ale to jest takie egzystencjalne minimum dla mas.

 

Miałem wszystko, straciłem wszystko i nie mam już możliwości powrotu do tamtego poziomu, bo ogranicza mnie zdrowie, które sobie zniszczyłem i psychika, bo nie wyobrażam sobie żebym w aktualnym stanie psychicznym mógł wrócić na jakąś dobrą uczelnie. Mój kolega mnie do tego namawia, ale jak to będzie wygladało? Zaakceptuje to, że zmarnowałem 3 lata swojego życia, największą miłość, zdrowie fizyczne i psychiczne i po prostu od tak zaczne od nowa studia wracając do punktu wyjścia? Nie wyobrażam sobie tego, po prostu jak myślę o takim scenariuszu to coś mnie blokuje.

 

Dziękuję, jeśli ktoś przeczytał to wszystko do końca, zapraszam do komentowania :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

asdfgh123, polemizowałabym, ze straciłes miłosc życia, panna Cie niezle przerobiła i nie masz czego załowac, ze to się skończyło. Problemy z kręgosłupem to powszechna dolegliwość, aczkolwiek nie w Twoim wieku. Nie wykluczaja Cie jednak ze sportu, po prostu znajdz sobie inna dyscyplinę , np. pływanie. Co do studiów, porzucenie kierunku to był błąd, ale na studia zawsze można wrócić. Naprawde, w wieku 21 lat masz jeszcze sporo czasu żeby studiować, co chcesz i gdzie chcesz.

Imo Twoja depresja jest wynikiem straty jaka poniosłeś, niestety w zyciu ponosi się mnóstwo strat, i trzeba się nauczyć dawac sobie z tym rade. Nie rozgrzebuj tego co było, tylko zastanów jak znaleźć wyjście z obecnej sytuacji i działaj :szukam:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

asdfgh123 witaj,

znalazłeś się w bardzo trudnym momencie życia, na tzw. zakręcie, ale za nim jest dalszy ciąg drogi, której jeszcze nie znasz. Nie wiesz co tam jest a z pewnością warto to sprawdzić, masz na to bardzo dużo czasu.

Podjąłeś błędną decyzję - to się zdarza każdemu i pewnie jeszcze nie raz Ci się zdarzy - takie jest życie. To jednak nie jest powód do rezygnowania z jego dalszego ciągu, masz dopiero 21 lat i całe mnóstwo różnych możliwości przed sobą. Fakt, niektóre z nich są już wyeliminowane, ale zostało jeszcze milion innych. Sam piszesz, że jesteś wartościowym człowiekiem, skoro tak, to wkrótce znajdziesz nowy cel w życiu.

Rozumiem, że obecna sytuacja mocno Cię przytłoczyła.

Z tego co tu piszesz:

 

Moje ostatnie 2 miesiące życia to beznadziejna wegetacja. Jem byle co, nie chce mi się nawet dbac o higienę, śpie po 12 godzin na dobe, mój pokój wygląda jak chlew, nie mam prawie żadnego parcia na kontakty z ludźmi, dzisiaj znów piłem wódkę. Chyba dlatego w sumie pisze... Po prostu wszystko straciło dla mnie sens. Mam 21 lat i chyba już przegrałem życie........

Aktualnie często myślę o samobójstwie. Ale to nie jest wynik zaburzonej biochemii mojego mózgu. Uważam, że jestem w stanie myśleć trzeźwo i po prostu jeśli coś prowadzi donikąd to należy to zakończyć. Przegrałem, akceptuje to i koniec, nie ma sensu tego dalej ciągnąć na siłę, bo nie ma po co. Porażki i negatywy w moim życiu aktualnie miażdżą bez pardonu wszystkie pozytywne aspekty, których praktycznie nie ma. Taki wychodzi po prostu bilans.

 

wnioskuję, że wpadłeś w depresję spowodowaną trudną do zniesienia sytuacją, ale to nie jest koniec życia. Nie jest to żaden wstyd, każdy człowiek ma swoją psychiczną wytrzymałość i czasem zdarza się, że sytuacja chwilowo go przerasta. Jest to moment, kiedy należy zwrócić się o pomoc i wsparcie do specjalisty.

Moim zdaniem powinieneś poszukać dobrego psychoterapeuty. On pomorze Ci poukładać przeszłość, pogodzić się z nią i wtedy zobaczysz przed sobą dalszą drogę.

Piszesz, że myśli samobójcze nie są efektem zaburzonej biochemii Twojego mózgu - mylisz się. Żadna istota żyjąca, bez tego typu zaburzeń nie jest wstanie sama pozbawić się życia. Chroni ją przed tym instynkt samozachowawczy. Brak tego instynktu jest zaburzeniem. Dlatego zastanawiam się, czy nie jest potrzebny Ci lek, który poprawi nastrój i odepchnie takie myśli. Ale o tym może zdecydować tylko psychiatra. Być może psychoterapeuta zasugeruje Ci takie rozwiązanie. Jeśli jednak wydaje Ci się, że właśnie to może ci pomóc, możesz sam udać się do psychiatry.

 

Podejmij kroki jak najprędzej, nie warto pogrążać się w "czarnej dziurze" depresji, wiem coś o tym.

Wierzę w Ciebie. Powodzenia!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

polemizowałabym, ze straciłes miłosc życia, panna Cie niezle przerobiła i nie masz czego załowac, ze to się skończyło.

Z mojej subiektywnej perspektywy właśnie to wygląda tak, jak pisałem wcześniej. Zdaje sobię sprawę z tego, że ona nie darzyła mnie tak silnym uczuciem jak ja ją. Dla niej byłem już chyba 5 chłopakiem. Ale z mojej strony była pierwszą dziewczyną którą pokochałem, pierwszą z którą stworzyłem poważny związek, pierwszą z którą uprawiałem seks. I jako, że jestem człowiekiem dość emocjonalnym, to bardzo się do niej przywiązałem.

To też w sumie wielowymiarowa sytuacja. Zachowała się jak ostatnia suka, to fakt, ale ja dałem jej ku temu powody, bo mój out ze studiów to był bodziec przez który wszystko zaczęło się zmieniać na gorsze.

 

Imo Twoja depresja jest wynikiem straty jaka poniosłeś, niestety w zyciu ponosi się mnóstwo strat, i trzeba się nauczyć dawac sobie z tym rade. Nie rozgrzebuj tego co było, tylko zastanów jak znaleźć wyjście z obecnej sytuacji i działaj

Masz rację, myślę, że to jest właśnie sedno problemu. I dla kogoś, kto na to wszystko popatrzyłby z boku może się wydać, że przesadzam, wyolbrzymiam etc. Ale dla mnie personalnie, te straty są tak duże i bolesne, że nie jestem w stanie przejść nad nimi tak po prostu do porządku dziennego, to wszystko ciągle do mnie wraca.

 

 

Piszesz, że myśli samobójcze nie są efektem zaburzonej biochemii Twojego mózgu - mylisz się. Żadna istota żyjąca, bez tego typu zaburzeń nie jest wstanie sama pozbawić się życia. Chroni ją przed tym instynkt samozachowawczy. Brak tego instynktu jest zaburzeniem.

Nie byłbym w stanie popełnić samobójstwa. Często o tym myślę jako o rozwiązaniu moich wszystkich problemów, ale tego nie zrobię. Bo wiem, ile konsekwencji to za sobą niesie, jakim byłbym wtedy ciężarem dla rodziny, jaką zrobiłbym przykrość mamie. No i pewnie moja była by się za to do końca życia obwiniała - odpowiedzialność za śmierć innej osoby to chyba wielka trauma i nie chciałbym żeby ktokolwiek musiał się z czymś takim zmagać. To znaczy oczywiście z mojego punktu ona byłaby tylko jednym z X równoważnych powodów, ale oceny takiej sytuacji przez inne osoby nie jestem przewidzieć.

 

Moim zdaniem powinieneś poszukać dobrego psychoterapeuty. On pomorze Ci poukładać przeszłość, pogodzić się z nią i wtedy zobaczysz przed sobą dalszą drogę.

A tu się pojawia kolejny problem. Wracając do mojej kontuzji pleców, aktualnie rehabilituje się u fizjoterapeuty, który twierdzi, że istnieje możliwość przywrócenia mi sprawności fizycznej umożliwiającej mi służbę w policji. Niektórzy byli innego zdania, ale on właśnie tak twierdzi. Pewnie mówi tak głównie dlatego, że mu płacę, ale jednak istnieją jakieś szanse, że mi się uda. Powiedzmy 20%. Chodze już do niego ze 4 miesiące i poprawa jeśli jest, to minimalna, ale jeszcze trochę wierzę. I hipotetycznie, jeśli udałoby mi się wrócić do dobrej sprawności fizycznej, ale miałbym za sobą leczenie u psychiatry, to wtedy podczas rekrutacji do policji dostałbym "Niezdolny" nie za sferę fizyczną, tylko za sam fakt leczenia psychiatrycznego. Jedna wizyta na NFZ już eliminuje kandydata, prywatnie nie mam pojęcia jak to wygląda.

Tak czy siak nie chciałbym, żeby doszło do sytuacji w której jakimś cudem wyjdę ze swojej kontuzji, a drogę do upragnionej pracy zamknę sobie na inny sposób. To byłby kolejny z moich życiowych idiotyzmów.

Dlatego na razie szukam jakichś "domowych" sposobów

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Nie byłbym w stanie popełnić samobójstwa. Często o tym myślę jako o rozwiązaniu moich wszystkich problemów, ale tego nie zrobię.

 

Bardzo się cieszę, bo to oznacza, że depresja nie jest głęboka a to daje duże większe możliwości aby z niej wyjść.

 

A tu się pojawia kolejny problem. Wracając do mojej kontuzji pleców, aktualnie rehabilituje się u fizjoterapeuty, który twierdzi, że istnieje możliwość przywrócenia mi sprawności fizycznej umożliwiającej mi służbę w policji. Niektórzy byli innego zdania, ale on właśnie tak twierdzi. Pewnie mówi tak głównie dlatego, że mu płacę, ale jednak istnieją jakieś szanse, że mi się uda. Powiedzmy 20%. Chodze już do niego ze 4 miesiące i poprawa jeśli jest, to minimalna, ale jeszcze trochę wierzę.

 

Czyli motywacja do dalszego wysiłku jest, więc nie odpuszczaj. Twoje nastawienie i wkład w ćwiczenia ma ogromne znaczenie dla osiągnięcia efektów. Poza tym ćwiczenia fizyczne bardzo dobrze wpływają na nastrój ponieważ stymulują produkcję endorfin.

 

I hipotetycznie, jeśli udałoby mi się wrócić do dobrej sprawności fizycznej, ale miałbym za sobą leczenie u psychiatry, to wtedy podczas rekrutacji do policji dostałbym "Niezdolny" nie za sferę fizyczną, tylko za sam fakt leczenia psychiatrycznego. Jedna wizyta na NFZ już eliminuje kandydata, prywatnie nie mam pojęcia jak to wygląda.

 

Fakt, leczenie u psychiatry Cię wykluczy. Ale czy jesteś pewien, że także u psychoterapeuty czy psychologa?

Poza tym leczenie prywatne chyba da się "ukryć".

 

Tak czy siak nie chciałbym, żeby doszło do sytuacji w której jakimś cudem wyjdę ze swojej kontuzji, a drogę do upragnionej pracy zamknę sobie na inny sposób. To byłby kolejny z moich życiowych idiotyzmów.

 

Gdyby tak się stało, to faktycznie miałbyś do siebie pretensje.

Ale czy nie będziesz ich miał, jeśli Twoja "niedyspozycja" psychiczna się rozwinie, bo nie zareagowałeś na jej sygnały w odpowiedni sposób?

 

Dlatego na razie szukam jakichś "domowych" sposobów

 

Jeśli tak, to pozostaje tylko "wziąć się w garść" i walczyć dalej. Odpowiednio się odżywiać, odstawić alkohol, dużo ćwiczyć i nie odsuwać się od życia towarzyskiego.

Możesz też kupić sobie wspierające pracę mózgu suplementy diety (np. leki z grupy neootropowych, witaminy z gr. B, itp.). Człowiek to jednak istota bardzo silna, więc jeśli uda Ci się wydobyć z siebie te pokłady siły, to na pewno Ci się uda.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Tak sobie myslę, że są szanse, żebyś wrócił na tamten ścisły, dający perspektywy kierunek na innej uczelni, np. w mieście którym mieszkasz, ale nie w tym momencie. Teraz naprawdę radziłabym się skierować do psychiatry (prywatnie, jeśli wizyta na NFZ mogłaby zaszkodzić Twoim planom zawodowym), zacząc leczenie farmakologiczne jeśli trzeba, wesprzeć to terapią. Jeśli jednak psychiatra i leki odpadają, to tak jak pisze Stracona100 - opowiednia dieta, rezygnacja z alkoholu, ćwiczenia w miarę możliwości.

 

To wszystko wymaga czasu, ale Ty go masz sporo, masz tylko 21 lat.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Pierwsza sprawa i najważniejsza. Piszesz o myślach samobójczych. Moim zdaniem musisz o tym komuś powiedzieć, rodzicom, komukolwiek. Uważam że kwalifikujesz się do leczenia szpitalnego. Takie rozwiązanie spowodowałoby, że przede wszystkim zmieniłbys środowisko, mialbyś jakiś nadzór (samobójstwo nie jest dobrym rozwiązaniem, zwłaszcza w tak mlodym wieku), poznałbyś nowych ludzi, może nawet w swoim wieku. Nie mógł byś również robić tego za co się nienawidzisz teraz (czyli walić konia i chlać).

 

Podobno miarą wielkości człowieka nie jest to, ile odniósł sukcesów, tylko to czy potrafi podnosić się po doznaniu porażki.

 

Ech, policja- grupa zawodowa, w której jest chyba najwięcej samobójstw. Może dobrze, że Cię to ominęło.

 

Tamta dziewczyna absolutnie nie jest tego warta, żebyś tracił przez nią energię i chęć do życia. Zachowała się jak szmata, więc karma do niej wróci. A Ty jeszcze poznasz kogoś wartościowego i zapomnisz o niej. Miej choć trochę szacunku dla siebie i wyrzuć ze swojej głowy tę toksynę, teraz jest czas byś na nowo zbudował siebie i przygotował się do lepszego związku.

 

Ale z niej szmata, była przy Tobie tylko wtedy kiedy czułeś się dobrze, a w złym momencie Cię zostawiła. Kto tak postępuje? Tylko wyrachowane księżniczki-idiotki, bez cienia empatii. Nie zasłużyła na kolejną szansę, nie dla psa kielbasa. Niech się goni, syfiara jedna. Przykro mi, że doświadczyłeś czegoś tak potwornego jak zdrada, ale nie ma tego zlego co by na dobre nie wyszło-lepiej że stalo się to teraz niż po 10 latach związku z tym żałosnym kurvviszonem. Stań na nogi i szanuj się, nigdy więcej nie dopuszczaj takiej suczy do siebie.

 

Codziennie myślę o tym jak chciałbym cofnąć czas do tamtego momentu i nie rezygnować, tylko przetrzymać ten głupi okres i iść dalej swoją drogą. Dobrowolnie złożyłem wtedy broń i doprowadziłem się do takiego stanu. To jest najgorsze - nikt mnie do tego nie zmusił, to nie był wypadek losowy - to była moja indywidualna, niezależna decyzja. Tylko ja za to ponoszę odpowiedzialność. Zniszczyłem sobie życie na własne życzenie.

 

Czasu nie cofniesz, jedynie marnujesz teraz swój czas myśląc o tym. Widocznie wtedy nie byłeś w stanie walczyć. Ponosisz odpowiedzialność tak samo za to, co robisz teraz. Czyli dobijasz się jeszcze bardziej.

 

Może się trochę wywyższam, ale znam swoją wartość, wiem, że miałem predyspozycje aby osiągnąć w życiu sukces i nie zaakceptuje takiej gównianej egzystencji jaką obserwuje wokół siebie. Kiepska praca, byle jaka kobieta, chlanie z kolegami jako najlepsze momenty tygodnia, brak celów, brak ambicji, po prostu wegetacja - tak żyje multum przeciętnych ludz wokół mnie. I do tego niestety chyba też zmierza mój żywot, tylko że ja się z tym nigdy nie będę mógł pogodzić... Pzepraszam jeśli kogoś tym dotykam, ale to jest takie egzystencjalne minimum dla mas.

 

Masz skrzywione postrzeganie swiata. Byle jaką kobietę to już miałeś, nawet gorzej niz byle jaką i przeżyłeś. Co mogłoby być gorszego od Twojego samobójstwa?

Nikt nie ma monopolu na szczęście, wiele zalezy od przypadku, niestety w takim świecie żyjemy.

 

Miałem wszystko, straciłem wszystko i nie mam już możliwości powrotu do tamtego poziomu, bo ogranicza mnie zdrowie, które sobie zniszczyłem i psychika, bo nie wyobrażam sobie żebym w aktualnym stanie psychicznym mógł wrócić na jakąś dobrą uczelnie. Mój kolega mnie do tego namawia, ale jak to będzie wygladało? Zaakceptuje to, że zmarnowałem 3 lata swojego życia, największą miłość, zdrowie fizyczne i psychiczne i po prostu od tak zaczne od nowa studia wracając do punktu wyjścia? Nie wyobrażam sobie tego, po prostu jak myślę o takim scenariuszu to coś mnie blokuje.

 

No sam musisz zaakceptować ten stan, nikt tego za Ciebie nie zrobi. Pocieszę Cię, że są na tym świecie ludzie w takiej sytuacji jak Ty, że nie skończą studiów o czasie i zmarnowali więcej niż 3 lata. Wypowiadasz się na forum dla ludzi z depresją, a więc bądź świadomy, że np. ja choruję od 10 lat na depresję i zmarnowałam na tę chorobę dobre kilka lat życia i mialam z 3 podejścia do studiów. Tak bywa. Nie bądź mięczakiem.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Zachowała się jak szmata, więc karma do niej wróci.

Obawiam się, że żadna karma albo odgórna sprawiedliwość na świecie po prostu nie istnieje :P I zazwyczaj ten kto ma dobre serce cały czas dostaje od życia po dupie :)

 

W sumie to pewnie kwalifikowałbym się do leczenia szpitalnego, ale nie wyobrażam sobie tego. Szczerze to nawet nie mam ochoty iść do psychoterapeuty i uzewnętrzniać się z tym wszystkim w 4 oczy z obcą osoba.

 

Czasu nie cofniesz, jedynie marnujesz teraz swój czas myśląc o tym. Widocznie wtedy nie byłeś w stanie walczyć. Ponosisz odpowiedzialność tak samo za to, co robisz teraz.

A to jest bardzo trafna wypowiedź. Wtedy faktycznie nie byłem w stanie walczyć, ale dlaczego? Nie mam pojęcia. Nie jestem sobie teraz się poczuć tak jak wtedy, ale byłem kompletnie niezdolny żeby się przeciwstawić tym wszystkim problemom. Chyba to już był początek depresji - nic mnie nie cieszyło, ciągle tylko nerwy i stres, naprawde fatalne 2-3 tygodnie, przez to ta rezygnacja.

Teraz mogę się tylko zastanawiać dlaczego akurat mnie to spotkało... Ludzie z którymi kiedyś się trzymałem dalej idą twardo do przodu, a ja boleśnie spadłem w dół.

 

A co do tego, czy teraz powinienem się za siebie w końcu wziąć. Pewnie tak, ale po co? Nie mam już marzeń, motywacji, nie widzę dla siebie przyszłości, nie wiem co będę robił. Nie mam dla kogo sie starać

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Wtedy faktycznie nie byłem w stanie walczyć, ale dlaczego? Nie mam pojęcia. Nie jestem sobie teraz się poczuć tak jak wtedy, ale byłem kompletnie niezdolny żeby się przeciwstawić tym wszystkim problemom. Chyba to już był początek depresji - nic mnie nie cieszyło, ciągle tylko nerwy i stres, naprawde fatalne 2-3 tygodnie, przez to ta rezygnacja.

Wtedy nie wiedziałeś dlaczego tak się dzieje, dziś już wiesz - był to zapewne początek depresji.

 

...Teraz mogę się tylko zastanawiać dlaczego akurat mnie to spotkało...

Nie ma sensu się nad tym zastanawiać, to choroba i tak jak inne choroby może dotknąć każdego.

 

 

... nawet nie mam ochoty iść do psychoterapeuty i uzewnętrzniać się z tym wszystkim w 4 oczy z obcą osoba...

A co do tego, czy teraz powinienem się za siebie w końcu wziąć. Pewnie tak, ale po co? Nie mam już marzeń, motywacji, nie widzę dla siebie przyszłości, nie wiem co będę robił. Nie mam dla kogo sie starać

 

Tak teraz czujesz, bo "przemawia" za Ciebie depresja. Jeśli rzeczywiście czujesz, że nie masz marzeń, motywacji, nie widzisz przyszłości i sensu, to raczej nie dasz rady zmobilizować się sam (domowymi sposobami). Powinieneś koniecznie zwrócić się do specjalisty po wsparcie. Być może leczenie wcale nie będzie trwało długo, bo poczujesz się lepiej i bardziej optymistycznie spojrzysz w przyszłość, a to zmotywuje Cię do działania.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Po jakichś 3 miesiącach żałosnej wegetacji udałem się dziś prywatnie do psychiatry. Całkiem miły facet, gadałem z nim nawet bez skrępowania.

Diagnoza - depresja. Przez 3 miesiące mam brać jakiś lek na "Mo" albo na "Ma", nie mogę odczytać z recepty co to jest.

Chyba będzie lepiej, bo gorzej to już na pewno nie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Zastanawiam się ile czasu może wytrzymać człowiek wegetując w taki sposób jak ja. Każdego dnia milion negatywnych emocji, zero pozytywów, zero szczęścia. Nie pamiętam już jak to jest czuć się szczęśliwym.

Jeszcze ostatnio mnie codziennie boli głowa i mam nudności, ale to pewnie od tego Moklaru.

 

Jak ja bym chętnie to wszystko pierdolnął. Mam 21 lat i zamiast cieszyć się pięknym życiem każdy dzień jest dla mnie męką.

 

Nawet mi papierosy przestały smakować przez ten obolały łeb

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Leki na mnie działają średnio, nie czuje jakiejś dużej poprawy. Jedynym faktycznym plusem jest to, że zniknęły mi praktycznie całkowicie poważne myśli samobójcze, ale faktyczny poziom życia się nijak nie poprawił. Nadal mi się nie chce nic robić, dobrze sie odżywiac, uczyć, nawet się myć. Wszystko cały czas wygląda tak samo, dużo śpię, prawie całe dnie spędzam przed komputerem, nie chodzę na siłownie, palę za dużo papierosów. Zaniedbałem się fizycznie bardzo ;/

Podjąłem decyzję, że robie comeback na Politechnikę, bo mój obecny kierunek to studiowanie dla samego studiowania, żadnych perspektyw. Nie wiem czy sobie tam poradzę, w takim stanie będzie mi trudno ale liczę, że coś się odmieni. Potrzebuje jakiejś zmiany, kopa do działania. Jeśli zostane tu gdzie jestem teraz, to jestem pewien, że nic się nie zmieni.

Chciałbym w końcu wziąć życie w swoje ręce i przestać marnować swoje najlepsze lata, ale jakoś nie mam ku temu żadnej motywacji, brak mi sił.

Samotność jest bardzo dobijająca

 

I non stop żałuje starych decyzji, za cholerę nie mogę sie z tym pogodzić. Kilkanaście razy dziennie nachodzą mnie myśli jak wspaniale czułem się te półtora roku temu, kiedy byłem na studiach z których zrezygnowalem z jedyna osoba na której mi w zyciu zalezało. Byłem wtedy na wyżynie swojego życia, miałem wszystko czego chciałem mieć, a teraz spadłem na sam dół i to wszystko wraca do mnie jak bumerang. W związku z tym, że moja depresja wynika zdecydowanie głównie z czynników zewnętrznych, doświadczeń życiowych to psychoterapia byłaby właściwym rozwiązaniem?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

asdfgh123 a co na to psychiatra, to znaczy na słabe działanie leków? Może trzeba by pomyśleć o zmianie leku(choć na to jest raczej jeszcze za wcześnie), zmianie dawki lub dołączenie czegoś innego.

 

Myślę, że zmiana środowiska i przeniesienie się na bardziej satysfakcjonujące studia jest dobrym pomysłem. Dobrze jest wyznaczyć sobie cel (na początek niezbyt odległy) i konsekwentnie dążyć do jego realizacji. Powinieneś też zmusić się do powrotu do aktywności fizycznej, może na początek rower, spacery, basen.

 

Jeśli chodzi o psychoterapię, to sądzę, że w Twoim przypadku mogłaby ona być pomocna. Ciągle wracasz myślami do przeszłości, a to blokuje i uniemożliwia patrzenie do przodu. Być może "przerobienie" z terapeutą dawnych problemów i emocji wyzwoli Cię od tego balastu. Warto spróbować.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Moja faktyczna sytuacja życiowa uległa w sumie znacznej poprawie. Wróciłem na dobre studia (niestety od 1 roku, teraz mam sesję), mieszkam z dobrymi kolegami, ogólnie mam dużo znajomych, mogę często gdzieś wychodzić, ale w głowie nadal mam źle. Po prostu nie trafia do mnie żaden pozytywny bodziec, który by mi dawał energie do działania. Wszystko kosztuje mnie wysiłek, wstawanie, sprzatanie, gotowanie, chodzenie na zajęcia, nauka - żeby to wszystko ogarniać to muszę dawać naprawdę dużo od siebie a nie dostaje kompletnie nic w zamian. Brakuje mi sił żeby to ciągnąć. Jeszcze przez jakieś 2 miesiące spotykałem się z tą dziewczyną, która mnie 2 razy zrobiła nieźle w chuja (napisane w pierwszym poście), znowu mi narobiła nadzieji i na koniec stwierdziła, że jednak nic nie chce. Wiem, że już dawno powinienem sobie dać z nią spokój ale cóż...

No i cały czas dobijają mnie wspomnienia z przeszłości, nic się w tym aspekcie nie zmienilo.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

asdfgh123,

no to nie ejst źle kolego u ciebie, a każdego to kosztuje wysiłek, to o czym piszesz, ludzie często sa źli na prace, szkole, znajomych, zmeczenie, narzekajacy na męza/zonę, dzieci, tak to jest jesli myslisz , ze tak o ludziom wszytko przychodzi łatwo to tak nie jest, a postrzeganie świata i odczuwanie szczęscia nie zalezy od bodxców zewnetrznych od wewnetrznego patrzenia na swiat i jego odczuwania, jesli nie znajdziesz tego w sobie to nic z zewnatrz ci tego nie da

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Zawsze to jakis krok naprzód, oby tak dalej... teraz przydałaby się jakaś kobita by zapomnieć o tamtej "koniunkturalnej" ścierce, która będzie odchodzić od każdego kto będzie mieć gorszy czas... Pomyśl co by było gdyby np po ślubie straciłbyś pracę, to by sie zawinela z dziećmi i poszła. Unikaj, skasuj z tel i fb...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×