Skocz do zawartości
Nerwica.com

Czy to nerwica czy może coś innego ?


Diabolic

Rekomendowane odpowiedzi

Witam.

 

Zacznę od początku.

Moje problemy zaczęły się na przełomie maja/czerwca 2012r.

Tak sobie przypominam, że wszystko zapoczątkowało moje spostrzeżenie, że mam jakby nierówną czaszkę, takie zgrubienia po obu stronach i przez środek również. Znaczy się wiedziałem o ich istnieniu od dawien dawna, ale przy okazji oglądania siebie na zdjęciu jakoś mi coś lekko nie przypasowało i zacząłem to "badać". Trwało to bo ja wiem tydzień? dwa? a ja ciągle co dnia wielokrotnie macałem głowę przy każdej nadarzającej się okazji by z czasem dojść do wniosku, że to jakiś guz... Oczywiście coraz bardziej doszukiwałem się informacji, trzymałem to jednak w tajemnicy, nikomu o tym nie mówiąc. Oczywiście nie skupiłem się na możliwości w ogólne pojawienia się guza na zewnątrz czaszki, jedynie czytałem ciągle o raku, guzach i jego objawach coraz bardziej się bojąc... Im bardziej się bałem tym gorzej zaczynałem się czuć, im gorzej zaczynałem się czuć tym bardziej doszukiwałem w tym winy raka, guza, czegokolwiek. Ciągłe czytanie literatury w poszukiwaniu objawów raka, guza, tętniaka i dopasowywałem po kolei do siebie objawy... Doszło do tego, że zacząłem odczuwać światłowstręt, miałem wiecznie podwyższony puls, mega wysokie ciśnienie (160/90 - jakoś tak), strach opanował mnie aż tak, że wystarczyło trzasnąć szafką w kuchni a ja się wzdrygałem jak bojaźliwy pies na dźwięk fajerwerków... Zacząłem chodzić po lekarzach z powodu złego samopoczucia z góry z przekonaniem co do diagnozy - rak. Ciągle towarzyszyły mi objawy: nadwrażliwość na światło, uczucię osłabienia, nadwrażliwość na dźwięk, sztywnienie karku, ból brzucha, otępienie ogólne, spowolnienie reakcji, problemy ze snem (nie mogłem zasnąć), niemożliwość wyluzowania się i zrelaksowania, ogólne wrażenie jakby ktoś mi spowolnił o połowę pracę mózgu, totalna rozpacz na sobą, zawroty głowy czasem z rana, wrażenie takie dziwne nie do opisania jakbym przed chwilą wyszedł z karuzeli - nie kręciło mi się w głowie ale tak jakby dziwnie, nie do opisania, do tego czasem pojawiające się wrażenie, że umieram, no i do tego ciągłe myśli samobójcze z uwagi na ten nie do wytrzymania stan. Pierwszy lekarz (dotychczasowy 1 kontaktu którego natychmiast zmieniłem) zasugerował mi, że biorę narkotyki, i po mimo moich zapewnień, że jedynie parę razy w życiu zapaliłem skręta z czystej marihuanny, nigdy nic więcej, a poza tym ostatni raz było to jakoś pół roku przed tym co zaczęło mi się dziać, to później wmawiał, że może wypiłem przed wizyta u niego ze 3-4 kawy, energetyki, cokolwiek, bo mam mega ciśnienie i puls oraz zachowuję się dziwnie i nie dał wiary w moje zapewnienia - musiałem wyjść... Aha, zanim wyszedłem to spytał czy ma mi załatwić miejsce w izolatce w szpitalu psychiatrycznym. Załamałem się po tym ale nie poddałem. W międzyczasie coraz rzadziej wychodziłem z domu, właściwie tylko wtedy, gdy pracowałem - dorywczo na plaży, gdy pogody nie było to siedziałem w domu - do tego stopnia, że przez tydzień nie wyszedłem ze swojego pokoju dalej, niż do WC... W końcu będąc już w swego rodzaju agonii ciągle myśląc przez ten czas o śmierci na raka, guza mózgu ciągle szukając o tym informacji w internecie poszedłem do innego lekarza. Tamten z lekka mnie olał, lecz zrobił pewne badania - krew ogólnie i EKG. EKG w normie, krew też, lekko niski cukier ale w normie. Jak się domyślacie dobiło mnie zamiast pomóc. Dodatkowo zalecił wizytę u psychologa i dał tabletki na uspokojenie ziołowe - neopersen. Od tego czasu łykałem, ale nie dawałem wiary w to, nie poszedłem do psychologa tylko dalej zadręczając się rakiem znów trafiłem do tego lekarza z prośbą o skierowanie do laryngologa i neurologa - z łaską dostałem. Laryngolog nic nie znalazł, w międzyczasie prywatnie okulista - lekka wada wzroku ale nie kwalifikująca się jeszcze do noszenia okularów, neurolog po przebadaniu (jednak poszedłem prywatnie, bo lepszy) stwierdził, że wszystko na 99% ok i nie ma powodu, by iść na tomograf czy cokolwiek. Minimalnie wiary w to dałem, ciągle jednak się bojąc o to, ciągle jednak myśląc o raku, guzie, miałem od niego skierowanie na rezonans (100% odpłatnie) w razie jak bym uparcie się zdecydował - jednak odpuściłem.

Trochę czasu minęło, poczułem się lepiej, choć zawsze wieczorami bywało najgorzej, ciągle chodziłem w okularach przeciwsłonecznych, nawet w domu (przynajmniej na głowie), bo redukowały one uczycie ucisku? obręczy? na głowie. To wszystko aż do momentu, kiedy wydawałoby się minęło. Cieszyłem się, kończyły się wakacje, pojechałem z dziewczyną na tydzień do Krakowa... I wróciło. Było tam trochę stresu - bo inne miejsce, pływałem też choćby na Zakrzówku - woda 35m głębokości, więc strach, dużo chodzenia po sklepach gdzie oświetlenie jarzeniowe i ludzi sporo, no i do tego trasa samochodem do przejechania trochę - i wróciło. Nie z tymi wszystkimi objawami, z mniejszą ilością ale jednak wróciło. Nie było już wrażenia, że umieram. Nie było już kręcenia w głowie i innych. W sumie ograniczyło się do otępienia umysłu, miękkich nóg, światłowstrętu i znów strachu przed rakiem i śmiercią, znów totalnym przygnębieniem i myślami samobójczymi. Starałem sobie dać z tym sam radę, jednak trafiłem w końcu do kolejnego lekarza internisty, który dobitnie mi uzmysłowił, że to nerwica. Już wcześniej tak mi mówiono ale jakoś to nie docierało i zostawał zawsze na uwadze rak... Porobił badania, trochę organizm miałem osłabiony (mało bodaj czerwonych krwinek i coś tam, już szczegółów nie pamiętam, ale nie jakoś bardzo źle, tylko no lekko poniżej normy) i stwierdził, że muszę do psychiatry w końcu się udać i psychologa. Zabrzmiało to jak wyrok no ale cóż, pomimo zdziwienia wszystkich, łącznie z lekarzem, że w swoim stanie sam chce podejmować leczenie, że zawsze podobno tacy uciekają od lekarzy, zdecydowałem się udać do psychiatry.

U psychiatry na sam widok napisu na drzwiach w "lekarz psychiatra" od razu tknęło mnie to, że jestem chory, na umyśle. Widząc tych wszystkich ludzi w kolejce, z różnymi chorobami, czułem, że to jak wyrok, że ja też będę taki... U lekarza po rozmowie diagnoza - nerwica lękowa + hipohondria. Dostałem lek psychotropowy "Tranxene" którego fakt również zbił mnie z nóg - ja? psychotropy?... Ze strachem rozpocząłem leczenie lekami które trwało jakoś 2 miesiące? coś koło tego. Uspokoiłem się, trochę wyciszyłem, jednak o jakimś relaksie czy cokolwiek i tak nie można było mówić. Po leczeniu pozostał światłowstręt (i co za tym idzie wszędzie okulary, nawet w nocy, co było raczej nieporozumieniem, bo nawet po zmroku czułem się lepiej mając je na nosie...), lekkie otumanienie, czasem osłabienie i tak to idzie dalej. Leczenie zakończone koło listopada 2012 a ja na przemian do dziś mam dni gorsze i lepsze. W miedzy czasie miewałem jeszcze jakby ciężar tak nad czołem, gdy szybko kręciłem głową w prawo/lewo, teraz już tego nie ma. "Po drodze" pozbyłem się właściwie wszystkich znajomych, można powiedzieć, że opuścili mnie po kolei, może w uwagi na czasem nieracjonalne nerwy spowodowane chorobą, nie wiem, jednak została tylko dziewczyna, matka, czasem jeden znajomy. W międzyczasie uczę się zaocznie jako technik mechanik i odbywałem w tym zawodzie miesięczną praktykę, na początku czując się bardzo źle, jednak przezwyciężając to, potem trochę lepiej. I tak jest właściwie do dziś. Prawie nie wychodzę z domu, spotykam się z dziewczyną u siebie w domu, wychodzę wieczorem jak już, bo w dzień czuję się jakby gorzej, choćby przez słońce. Do psychologa przestałem chodzić bo wizyty odbywały się raz na miesiąc, bo częściej się nie dało z uwagi na odległość terminów. I tak na prawdę nie wiem co mam ze sobą zrobić by w końcu poczuć się dobrze.

Obecne moje objawy - światłowstręt ale tyczący się tylko słońca? mijający zwykle po około godzinie spędzonej na dworze (okularów już nie noszę), lekkie otumanienie w głowie odczuwane w okolicy czoła, absolutna niechęć połączona z gorszym samopoczuciem do jakiejkolwiek aktywności - robiąc cokolwiek zaczynam z czasem czuć się gorzej, najlepiej czuję się w swoim pokoju przed komputerem lub leżąc na łóżku, ciągle od przebudzenia do zaśnięcia towarzysząca myśl o tym, że jestem chory psychicznie i o tym, że się źle czuje - sam podświadomie co chwilę "sprawdzam" swoje samopoczucie i je oceniam - z wiadomą oceną, bardzo niska odporność na nerwy i stres, częste rozkojarzenie. Oprócz tego takie sprawy jak strach przed piciem alkoholu - od czasu gdy się po jednym! piwie gorzej poczułem odrzuciłem alkohol totalnie, papierosami - paliłem długo ale zacząłem czuć się przez to gorzej i przez to rzuciłem skutecznie nie paląc już 3 miesiące ? - po części przez strach... i różnym innym, czasem się pojawiającym objawom.

Ogólnie cała moja uwaga i zaangażowanie skupia się na tym jak się czuje i jak mi z tym źle, w ogóle się nie uśmiecham już od dawna i coraz bardziej się obawiam, że w końcu i dziewczyna nie wytrzyma i mnie rzuci... No i samotność totalna...

Fakt jednak związany z tematem - ciągle nie potrafię do końca uwierzyć, że to nerwica i ciągle boję się, że coś z moim mózgiem jest nie tak. Nie jest to tak obsesyjne jak kiedyś, ale nadal "tli" w głowie...

Dodatkowo ciągle próbuję dojść do tego jak wrócić do tego kim byłem kiedyś i jak zwalczyć to cholerstwo na amen by móc żyć i cieszyć się życiem.

Tak kończąc dodam, że przed moją chorobą trochę w życiu przeszedłem (nie mieszkałem z rodzicami a z dziadkami, bo rodzicom było tak wygodniej, typowo przed całym pojawieniem się objawów przez dłuuugi czas byłem poddany na mega silny stres związany z dziewczyną (trwało to bez przerwy przez około miesiąc) i z natury jestem osobą nerwową, ale wewnątrz wrażliwą - tak mówią ludzie, przez co szczególnie w gimnazjum byłem bardzo "tępiony" na wszelkie możliwe sposoby przez uczniów, a także i nauczycieli...

 

Przepraszam wszystkich za to mega wypracowanie, wiem, że to dużo do czytania, ale chciałem raz a porządnie przedstawić mój problem by nie musieć niczego dopowiadać...

 

Niech mi ktoś powie, czy jest możliwe, że to kiedyś minie ? Czy czeka mnie życie do końca w ten sposób bez szczęścia i z wiecznym złym samopoczuciem połączonym ze strachem ?

 

Ps, od niedawna mam duży kłopot ze spaniem, zasypiam nie prędzej niż 05 w nocy i wstaję nie szybciej jak 14 po południu... nie jestem w stanie zmusić się do zaśnięcia przed tą godziną, ani też zmotywować do tego by wstać przed 14... i do tego zaczęły mi się codziennie pojawiać bardzo realistyczne sny, co kiedyś było rzadkością - niestety średnio przyjemne, dla przykładu dziś śniło mi się, że ktoś znajomy (nie w sensie, że z nim utrzymuję kontakt, bo jak już pisałem wszyscy poza dziewczyną się ode mnie odwrócili - tylko ktoś kogo prawdopodobnie znam) - nie potrafię dojść do tego kto - wystrzelił we mnie cały magazynek (bodaj 35-40 ?) kul z karabinu maszynowego, przy czym nie zabiły one mnie, a musiałem wyjąć je wszystkie pensetą spod skóry, po czym lała się z ran lekko krew (rany na klatce, brzuchu) - w czasie snu wyciągnąłem tylko kilka kul, reszta do końca snu tkwiła... Nie wiem co myśleć o tym śnie, jak i wielu innych....

 

Jeśli ktoś jest na tyle wytrwały i to przeczyta to proszę o jakąś radę, pomoc, bo czuję, że już długo tak nie dam rady żyć... ;(

 

 

Pozdrawiam...

 

-- 21 kwi 2013, 20:14 --

 

Aha, tak co przyszło mi na myśl. Nie wiem czemu, ale zawsze obmywając twarz wodą czuję się lepiej. Nie wiem, czy to ma działanie o podłożu psychologicznym czy co... Podobnie prysznic - również pomaga.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Witaj!

Po pierwsze od razu współczuję Ci pierwszego kontaktu z lekarzem. Dobrze, że go od razu zmieniłeś, ale ręce idzie załamać u jakich ludzi my się leczymy :/

Z tego co opisujesz to brzmi jak nerwica. Hipochondria też trochę, skoro ciągle doszukujesz się choroby, raka, objawów.

Ale nie ma się czego bać! (wiem, że łatwiej napisać niż zrobić, sama teraz mam gorszy dzień). Musisz być silny i szukać pomocy - nie bać się przede wszystkim tego. Udaj się do terapeuty/psychiatry. Piszesz, że brałeś Traxene - to lek doraźny, silnie uzależniający, którego nie można brać na długą metę. Jeśli nie stawiasz na farmakoterapię to może same wizyty u terapeuty wystarczą? Nie myślałeś o tym, by zacząć terapię?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

No niestety tacy sa lekarze przynajmniej niektorzy i nic sie na to nie da poradzic. Co do lekow specjalnie nie chcialem brac na dluzsza mete zadnych bo nie chce by moje zycie opieralo sie na tabletkach. W czasach najgorszego kryzysu bralem niezliczone ilosci roznej masci lekow od tranxene prze witaminy leki na polepszenie wzroku i rozne inne suplementy typu magnez z potasem i tak dalej bo ludzilem sie ze moze to brak witamin to powoduje. Niestety nic to nie dalo wiec postanowilem nie lykac niczego. Podstawa mojego problemu (tak mi sie wydaje) jest to ze ciagle nie dociera do mnie to iz to nerwica i bez przerwy doszukuje sie objawow choroby typu rak etc. A dodatkowo nie jestem w stanie uwolnic sie od zakorzenionej wewnatrz mysli iz jestem chory i zle sie czuje. Chocbym sie dobrze w danym momencie czul w glowie co chwila przewija sie mysl o chorobie ktora skutecznie przywoluje zle samopoczucie i niejako dziala jak samospelniajaca sie przepowiednia... najbardziej znowu nurtujacym mnie pytaniem jest to wlasnie czy kiedykolwiek wroce do siebie i stane na nogi... jezeli chodzi o terapie co masz na mysli ? Po prostu psychologa ? Jesli tak to darmowy z ktorego uslug korzystalem dotychczas ma tylu pacjentow ze moze przyjac raz na miesiac a innych nie ma bo to male miasto - na platnego mnie nie stac...

 

Ps sory za brak polskich znakow i przecinkow ale pisane na telefonie.

 

-- 22 kwi 2013, 00:50 --

 

Dodatkowo zastanawia mnie to, że wszyscy piszą o atakach. Omdlenia, nagłe skoki ciśnienia, tętna, niemożliwość wypowiedzenia słowa - no różne takie. Ja czegoś takiego wydaje mi się nie mam, ja mam po prostu wręcz pernamentne uczucie takiego ni to otępienia, ni to trzymania za czoło + uczucie gorszego widzenia/światłowstręt. Pomimo to reaguję tak samo szybko, mam ten sam refleks, odpowiadam/myślę tak jak myślałem, wiedza i IQ również bez zmian - można rzec uczucie otępienia/spowolnienia/nie wiem jak to nazwać bez pokrycia w rzeczywistości... I mam wrażenie, że to znika gdy o tym nie myślę. Gdy się budzę czuję się dobrze do momentu, gdy nie pomyślę o moich dolegliwościach (a myśl niestety pojawia się parę minut po przebudzeniu), jak czuję się "źle" i zacznę oglądać jakiś relaksujący film również zazwyczaj zaczynam się czuć dość dobrze do czasu aż nie przejdzie mi przez głowę myśl o moich problemach. Dodatkowo jak znajdzie się inny problem - ubzdurałem sobie swego czasu raka tylko dla odmiany węzłów chłonnych - chłoniaka - skupiałem się wówczas na dolegliwościach związanych z pachą a reszta poza uczuciem strachu znikła...

Trzeba przyznać wiele zmieniło się na plus ale próbuję zrobić co mogę by "wyzerować" nerwicę czy cokolwiek co mnie dręczy do zera, marzy mi się patent jak z Facetów w Czerni - jakiś pstryczek dzięki któremu mógłbym wyzerować ten fragment pamięci - chyba dopiero wtedy osiągnąłbym definitywne ukojenie... No i jeszcze ta samotność w połączeniu z poczuciem beznadziejności, bycia niepotrzebnym nikomu, nierozumianym... W domu twierdzą, że to zaawansowane lenistwo... :shock: Znajomi, przyjaciele, wszyscy wspaniale wybrali moment, zamiast spróbować zrozumieć i pomóc - po kolei porzucili. A zawsze jako jedynak zawsze tak potrzebowałem do życia towarzystwa, teraz spędzam 80-90% czasu sam ze sobą, ewentualnie z komputerem... Ciągle myśląc i próbując popełnić samobójstwo lecz nie dokonując tego z racji braku odwagi...

Dlatego stąd ten temat, bo dotychczas nie potrafię przekonać się do tego czy to aby nerwica, a nie choćby depresja i "lepkie myśli" które krążą po głowie nie dając spokoju...

 

Jak życie potrafi człowiekowi się wywrócić, z osoby nie znającej pojęcia lekarz, dość twardej, żywej, wiecznie uśmiechniętej i towarzyskiej - skończyć samemu, czując się źle, będąc zapomnianym przez świat, opuszczonym przez znajomych, w 4 ścianach z komputerem próbując znaleźć ukojenie w śnie, przy okazji zapominając o rzeczach które cieszyły nawet jak zwykłe piwo czy kawa o trawie nie wspominając...

 

Jak to kiedyś stwierdziłem, przez większość życia (dopóki nie zachorowałem) cieszyłem się, że dostałem szanse od życia i przeżyłem swoje narodziny, odkąd kiedy dotknęło mnie to wszystko myślę, że chyba lepiej byłoby gdyby mój organizm się wtedy poddał...

 

Nerwica a dokładniej to co mnie spotkało - cokolwiek by to był - to jedna z tych rzeczy, których nie życzyłbym nawet najgorszemu wrogowi...

 

Niektórzy przynajmniej chociaż jeszcze wierzą w życie po śmierci i to, że nie ważne jak źle by tu na świecie nie było to tam "u góry" będzie im lepiej - ja jednak należę do niewierzącej części społeczeństwa i nawet tym nie potrafię się pocieszyć...

 

Sory wszystkich czytających za takie smucenie, ale czasem człowiek, a przynajmniej ja - mam potrzebę się trochę wygadać, choćby pisząc, bo może ktoś przeczyta. Ileż mogę swoją dziewczynę dołować tym jak się czuję, ona stara się mi pomóc ale nie chcę ją tym tak obciążać, dlatego wolę tu coś naskrobać...

 

Jakiś "słaby" ten wieczór... :( miłej nocy wszystkim

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Najważniejsze to musisz pamiętać, że nie jesteś sam ze swoim problemem. Chociażby tutaj na forum znajdziesz osoby z podobnymi problemami, a zawsze to łatwiej zrozumieć, czy pogadać z kimś, kto przez coś podobnego przechodził. Niestety zamykanie się w domu, to najgorsze co może być. To pierwszy krok do depresji, bo nerwica depresji nie wyklucza. Ale nie jestem lekarzem by diagnozować. Mogę jedynie pomóc rozmową i spostrzeżeniami.

Wiele z tego co opisujesz sama przechodziłam - poczucie beznadziejności, samotności, mimo tego, że mam kochającego faceta i rodziców, którzy w każdej chwili chcą pomagać mi w zmaganiach z moją nerwicą. A ja nadal czuję, że obarczam ich swoim złym nastrojem, lękami, że ciągle się im żalę etc. Ale wiem, że rozmowa pomaga mi najbardziej rozładować to napięcie, pomóc w przezwyciężeniu lęku. Chociaż nie powiem, że nie miałam tak, że miałam wszystkich obok siebie dosyć, najlepiej by było gdybym tylko leżała w łóżku, rozpadając się na kawałki wewnątrz siebie. To właśnie rodzina pomogła mi z tego stanu wyjść. A Ty jakie masz relacje z rodziną? Masz kogoś komu możesz opowiedzieć o swoich problemach itp? Jeśli dziewczyna Cię rozumie i chce Ci pomagać, to nie bój się tej pomocy przyjąć. Ona też zapewne bardzo martwi się o Ciebie, a nie ma nic lepszego w związku niż szczerość. Mimo, że czasami nadal nachodzą mnie myśli o tym że dręczę swoją chorobą najbliższych, to mimo wszystko więcej z nimi o moich uczuciach rozmawiam. Mogę jedynie doradzić Tobie to samo!

Pisałam o terapii. Najlepiej byłoby znaleźć psychoterapeutę. Spotkania raz na miesiąc to dość rzadko, ale czasami wystarczają. Czy rozmowy z psychologiem Ci w jakimś stopniu pomagały? Jeśli nie ma innych specjalistów w Twoim mieście to może warto wybrać się gdzieś dalej? Do pobliskiej miejscowości?

I pamiętaj - nie bój się rozmawiać o tym co czujesz. Jeśli potrzebujesz się wygadać, to rozmawiaj z najbliższymi Ci osobami, ajeśli ich akurat nie ma przy Tobie w danej chwili to pisz na forum, czy priv.

Pozdrawiam! :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Prawda jest taka, iż przez mój nerwowy charakter i to co zrobiła ze mną nerwica wszyscy, bez żartów - mnie zostawili. Ogólnie mam w naturze to, że czasem potrafię się zagalopować i powiedzieć coś, czego potem żałuję ale nerwica to pogłębiła. No a niestety znajomi i przyjaciele zamiast próbować to zrozumieć - poszli na łatwiznę i mnie mówiąc prosto olali.

Stąd bierze się to, że siedzę w domu i zamykam się w swoim świecie choroby. Dziewczyna zawsze jest oparciem i próbuje znaleźć zajęcie ale jako osoba towarzyska brak mi kontaktu z ludźmi i coraz bardziej "duszę się we własnym sosie"... Przez zły nastrój i poczucie beznadziejności, a także przykre odczucia somatyczne nie mam najmniejszej motywacji do jakiejkolwiek aktywności. Poza tym wykonując już jakąś aktywność gdy poczuję się w trakcie jej źle (spacer, cokolwiek) to od razu tracę najmniejszą ochotę na podjęcie się kolejny raz danej aktywności w przeczuciu, że po co to robić skoro i tak nic to nie daje i czuję się po tym źle. Tak jest choćby z psem, rzadko z nim wychodzę, bo ciągnie i wariuje, a to mnie w obecnym stanie irytuje, to znowu powoduje złe samopoczucie i odechciewa mi się wszystkiego - i tak się to zapętla.

Wiem, że nadal "mogę i potrafię" wszystko to, co robiłem. Może trochę straciłem siły i przez brak aktywności przyrosło mi kilka kilogramów, ale o, dziś choćby przemogłem się do pomycia okien i miałem wrażenie, że czułem się w trakcie tego dokładnie tak samo, jak kiedyś - ciężko jednak to z pewnością stwierdzić, bo było to już dość dawno a i przez odczucia których doznałem zaburzyło mi się już poczucie co jest normalnym stanem, a co złym, kiedy czuję się dobrze, a kiedy źle - tracę już powoli punkt odniesienia...

Czasem mi się wydaje, że depresję właśnie powoli zaczynam łapać, bo już nawet dziewczyna zwróciła uwagę, że wcale się nie uśmiecham, a jedyne emotikony jakie używam to smutna bądź płacząca mina, gdzie kiedyś nie istniały one wcale dla mnie. Wiem, że coś jak emotikona to nic nie warty bzdet, ale to w pewnym sensie odruchowo ją wstawiając obrazuje mój wewnętrzny stan.

Głupio się przyznać, ale pomimo, iż jestem facetem to na początku tej mojej walki z chorobą płakałem dziennie wielokrotnie, co o dziwo przynosiło ulgę do czasu, gdy nie przychodził po płaczu ból głowy. Do dziś zdarza mi się uronić z tego wszystkiego parę łez ale trzymam się już dużo lepiej i nie poddaję tak łatwo, nie myślę też tyle o śmierci co kiedyś. Na początku to w głowie był jedynie rak na przemian z samobójstwem. Teraz już zdarza się to rzadziej. Jednak temat samobójstwa nie jest mi obcy, bo przez dość dziwną sytuację rodzinną pierwszą próbę samobójczą, o ile można to tak nazwać, zaliczyłem w okolicach 7 roku życia...

U mnie niestety problem jest taki, że poza dziewczyną która ciągle mnie wspierając się dołuje, że nie jest w stanie mi pomóc nie mam tak na prawdę nikogo. Ojciec nie mieszka ze mną, w szczegóły wdawał się nie będę, ale wyprowadził się już parę lat temu z domu i tak na prawdę uznaje moją chorobę za mój wymysł, słabość i wytłumaczenie lenistwa. Dla niego liczy się tylko to, bym w końcu poszedł do pracy, by on miał głowę spokojną, by nie musieć płacić alimentów. Nie olał mnie całkiem, po prostu widzę, że nigdy nie potrafił się odnaleźć w roli ojca i tak już zostało. Matka gdy były te najgorsze chwile na początku pomagała jak mogła, ale w końcu widać stwierdziła, ze mi przeszło, i teraz nie zwraca już uwagi na moje "wahania nastroju", szkoda tylko, że nie rozumie, że to nie wahania, a ciągłe złe samopoczucie z jedynie tą różnicą, iż już mniej mi doskwiera.

Jest jeszcze dziadek i babcia z którymi się wychowywałem. Dziadek odwiedza nasz dom często, bo na starość dla sportu lubi wychodzić z psem na spacer, ale jest strasznie nerwowy, strasznie to mało powiedziane i pomimo, iż on mnie, a ja jego kocham, to jednak nie możemy przebywać zbyt długo w swoim towarzystwie, gdyż rodzi to jedynie awantury wszczynane zwykle z jego strony. Jest typem choleryka i nic mu nigdy nie pasuje, to bynajmniej nie pomaga mi w egzystencji. Dla niego moja choroba to jedynie przykrywka lenistwa i zdaje się, że myśli, iż wystarczy łykać tabletki od psychiatry i wszystko jest ok, dlatego czasem nawet się awanturuje kiedy ja skończę z tym wymyślaniem, że się źle czuje... To bynajmniej nie pomaga. Jest jeszcze babcia, jednak ona zachorowała w przeciągu ostatnich 2-3 lat na schizofrenię/demencję, sami dokładnie nie wiemy i już ciężko z nią nawiązać kontakt. Jest oporna, nie chce poddać się leczeniu, ma się za zdrową - to my wszyscy jesteśmy dla niej chorzy, nie dopuszcza lekarza - no cóż, ciężko coś poradzić.

Mając to wszystko na uwadze widać, że niestety w domu nie mam zbyt oparcia. Nie licząc dziewczyny i matki od wielkiego dzwonu - jestem zdany tylko i wyłącznie na siebie. A to, że w rodzinnym domu nie zaznałem co to znaczy miłość i normalność, bo wychowywany byłem przez wspomnianych, wyjątkowo nerwowych dziadków z dala od rodziców także wcale nie poprawia moich horyzontów. Dokładając do tego marginalne fundusze domowe nie pozwalające na korzystanie z prywatnych psychologów, psychiatrów i tak dalej - wszystko wygląda kiepsko i nie napawa optymizmem...

Specjalistów w moim mieście bezpłatnych jest 2 (to małe miasto, około 20tys mieszkańców), z czego jeden na dzień dobry zasugerował mi homeopatię u znajomego kogoś tam... Więc odpada nabijanie kasy, zostaje drugi - właściwie druga, bo to kobieta. Wydaje się w porządku, jednak terminy są koszmarne, przy dobrych wiatrach raz na miesiąc, co właściwie jest bezcelowe.

W obrębie 30 km nie ma większego miasta, jest jedno mniejsze które też ma jednego "normalnego" psychologa, który jednak terminami też nie zachwyca... Poza tym kwestia dojazdów. Połączenia autobusowe co najmniej słabe, a dokładając to, iż mój samochód który miał "dawać radość" stoi w garażu do naprawy też nie poprawia sprawy. Heh, tak, mechanik, właściwie przyszły, bo jak na razie jeszcze się uczę, a ma auto "w kawałkach" na garażu... Niestety, choroba sukcesywnie pozbawiła mnie motywacji do czegokolwiek, nawet do naprawy własnego samochodu, poza tym brak wspomnianych funduszy...

Mówiąc krótko i "po imieniu" - jest ciężko.

Jestem z natury silnym wydawałoby się charakterem, paliłem papierosy, bo lubiłem, właściwie w każdej chwili przy odrobinie chęci mogłem je rzucić co też wiele razy czyniłem, lecz potem wracałem z własnego uznania. Podobnie alkohol, nie miałem najmniejszego problemu odmówić. Trawa również nie stanowiła żadnego uzależnienia, nawet lek Tranxene odstawiłem ot tak i żadnych objawów uzależnienia nie odczułem - dlaczego w takim razie nie potrafię znaleźć w sobie siły i samozaparcia by pokonać to co mnie dręczy?

Czasem myślę, że dlatego, iż w głowie mam myśl, że tego nie da się zwalczyć, ba, tak na prawdę nie potrafię stwierdzić do końca z czym mam walczyć - to jest chyba mój problem.

Gdybym wiedział, miał jakieś instrukcje i pewność, że to to mnie dręczy i że to się DA WYLECZYĆ, to pewnie bym z tym wygrał. To jak z powiedzeniem, że "czegoś nie da się zrobić, i nie wykonano tego do czasu, aż nie znalazł się ktoś, kto o tym nie wiedział (że to nie wykonalne), i to w końcu zrobił", może gdybym nie wiedział, że tego nie da się pokonać (co wryło mi się już w głowę w związku z tym co czytam), to może znalazłbym siłę i energię?

A może ja po prostu jestem słaby i nie potrafię po prostu temu podołać?

Sam już czasem nie wiem.

Wiem na pewno, że pomimo, iż bardzo często brak już siły, pomimo, iż czuję się niepotrzebny i opuszczony przez świat i sądzę, że gdybym się zabił to nawet nie zostałoby to przez nikogo zauważone, to jednak czasem pojawia się jeszcze iskierka nadziei, którą staram się pielęgnować, że przyjdzie ten dzień, choćby za 10 lat, kiedy odetchnę pełną piersią i powiem sobie - wygrałem...

 

Pozdrawiam...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Nerwica, depresja czy inne zaburzenia SĄ uleczalne. Pamiętaj o tym. Co prawda ja czasami też o tym zapominam lub przestaję wierzyć, ale cóż, takie uroki nerwicowca.

Jeśli masz ograniczony budżet to korzystaj z pomocy darmowej. Wizyta raz na miesiąc to mało, ale zawsze lepszy rydz niż nic! Moja babcia była w naprawdę bardzo ciężkiej depresji - siedziała, nic nie mówiła, tylko wycierała sobie ślinę, która jej z ust leciała. Na siłę została zabrana do psychiatry, lekarki do której i ja chodzę obecnie. Wizyty miała najpierw co miesiąc, później rzadziej i teraz pomimo swoich 2 zawałów i śmierci dziadka (ponad 50 lat małżeństwa) jest osobą która wychodzi do ludzi, uśmiecha się etc. Więc można z tego wyjść!

Zawsze masz ludzi tutaj w forum, którzy zrozumieją, bo sami przechodzą przez podobne objawy.

Tak jak już pisałam sama mam złe dni teraz. Dzisiaj z rana to była makabra - płacz, obwinianie się, poczucie beznadziejności i to, że obarczam nów mojego narzeczonego moją chorobą, moimi wymysłami... Jednak wiem, że muszę walczyć, bo nikt nie zrobi tego za mnie. Chcę tez pomagać w takich ciężkich chwilach innym, bo wiem jak mi czasami potrzeba wyżalenia się, wypłakania, nawet przez neta. Gdy pierwszy raz poważnie złapał mnie napad lęku, a byłam wtedy za granicą to nie wiem jak bym przetrwała bez tego forum. tutaj jednak dowiedziałam się, że nie jestem sama z tymi moimi uczuciami, że wokół mnie jest pełno ludzi z takimi lub podobnymi zaburzeniami.

Tak jak Ty jestem jedynaczką i zawsze lubiłam towarzystwo ludzi, wyjazdy itp. Teraz często stronię od spotkań, a przynajmniej od takich gdzie jest dużo nieznanych mi osób. Właściwie najczęściej przesiaduję z moim narzeczonym, i bardzo dużo rozmawiam z rodzicami, którzy mnie bardzo wspierają. Szkoda, że Tobie jest ciężej w relacjach z rodzicami i dziadkami. Zapewne wiele razy próbowałeś ich uświadomić o swoim problemie? Spróbuj jeszcze raz, może w końcu za którymś razem stwierdzą, że faktycznie masz problemy, z którymi Ci ciężko i bardzo potrzebujesz ich wsparcia. Wiem, że z tym jest ciężko, ale warto próbować. Powiem Ci na przykładzie mojego Lubego. On na początku też mi mówił "ale biadolisz, nic Ci nie jest". Czasami miewaliśmy kłótnie, bo ja dostawałam napadu lęku, a on nie pomagał mi, olewał to nawet. Szczególnie czułam się źle, że mocne napady łapały mnie gdy byłam na urlopie za granicą, gdzie miałam tylko Jego, a on potrafił powiedzieć, że skoro tak się wszystkiego boję to zostawi mnie w pokoju i będę sobie siedziała sama, a on pójdzie zwiedzać itp., bo ja na pewno wymyślam, nie mam się czego bać. Domyślasz się jak się czułam? Beznadziejna, słaba, nikomu niepotrzebna. Ale byłam wytrwała, mówiłam mu ciągle o tym co czuję, co mnie dręczy. W styczniu miałam najsilniejszy z ataków. Uciekłam od narzeczonego, wyjechałam do rodziców, bo już nie wiedziałam co ze sobą zrobić, a on nie potrafił mi tak pomóc jakbym tego chciała. To go odmieniło. W końcu zauważył, że mam realny problem, że to nie są moje wymysły. Teraz jest najkochańszym człowiekiem na świecie, wspiera mnie, opiekuje się mną gdy mam gorszy dzień. Zawsze ma dla mnie miłe słowo otuchy, nie bagatelizuje tego co się ze mną dzieje, ale daje mi siłę i prosi bym tę siłę w sobie znalazła na pokonanie tego wszystkiego.

Wierzę, że Twoi rodzice też znajdą to zrozumienie. I nie obawiaj się obarczać swoimi problemami dziewczyny - ona od tego jest by Cię wspierać. Sam musisz sobie pomóc, a dziewczyna - czyli najbliższa Tobie osoba powinna dać Ci właśnie tę siłę byś uwierzył że można.

Mam nadzieję, że chciało Ci się czytać moje wywody i choć odrobinę pomogły? Ja po takim wypracowaniu czuję, że się trochę rozluźniłam. Próbowałeś pisać pamiętnik? Może wylewanie na papier czy do neta swoich przemyśleń też i Tobie pomoże? Bo u mnie to na razie jest najlepszy sposób na rozładowanie napięcia. Jak nie chcesz pisać otwarcie zawsze jest pw.

Trzymaj się!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Witaj. Przeczytałam wszystko. Jestem tu nowa i muszę stwierdzić, że czytanie poniekąd wszystkich wiadomości w jakiś sposób mi pomaga. Stwierdzoną nerwicę lękową z hipohondrią mam od paru tygodni. Oczywiście wszystko zaczęło się jakieś dwa miesiące wcześniej od osłabienia i innych dolegliwości wywołanych przez leki. Stopniowo wszystko zaczęło się namnażać. Aż w końcu osiągnęłam podobne dolegliwości co Twoje. Najgorsza jest powracajaca co jaiś czas depersonalizacja..czuję się wtedy jakbym zwariowała..okropne czucie ale staram się nie zwracać na nie uwagi walczę wręcz ze sobą. Jestem po pierwszej wizycie u Psychiatry i zażywam Seronil. W razie napadu lęku mam jeszcze Abofam? niepamiętam ..jednak boję się stosować co ostatnio u mnie normalne..boję się wziąć jakiklwiek lek do ust. Chcę się znów czuć normalna..zanim pojawila sie nerwica byłam osobą pełną energii..codziennie trenowałam..śmialam się spotykałam z ludźmi. Teraz poza dwójką przyjacioł, ktorzy rozumieją mnie tylko dlatego, że sami mają podobne problemy mogę liczyć jedynie na mamę..ale i tak nie zrozumie tego dokladnie żadna osoba, która nie doświadczyła tej paskudnej choroby. Mialam zrobione wiele badań..zaczynając od USG przez morfologie..gastroskopie aż po Tomograf (bo przecież sztywny kark, bole i zawroty głowy, światłowstręt i bóle w oczodołach)..badania oczywiscie nic nie wykazaly chociaż oczywiście ja podejrzewałam najgorsze. Mimo iz mam wyniki badań to ciagle..przykładowo dzisiaj cały dzien bolala mnie głowa to moje myślenie szlo w kierunku napewno cos jest nie tak..może Tomograf nie wykrywa wszystkiego.. Chcę powrotu do siebie..zdaję sobie sprawę, że na działanie leku trzeba troche poczekać..ale jak nie odczuwać objawów somatycznych? I tak walczę dzielnie..bo nauczyłam się w miarę opanować napad lęku. A wlaśnie apropo muszę spytać czy ktokolwiek ma też takie objawy? Mnie przy takim ataku nie boli klatka piersiowa tylko głowa..czuję jakby płonęła jakby malutkie igielki wbijaly mi się w każdy punkt skóry na głowie..piecze pali..okropne uczucie...oczywiscie wtedy mysle ze to wylew czy coś..

 

Trochę chaotyczny ten post mój..ale chciałam tak wiele powiedzieć naraz, że tak wyszło..

 

Pozdrawiam was nerwicowcy..i życzę zdrówka (które właśnie zaczęłam doceniać najbardziej) :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Mam nadzieję, że są uleczalne. Na razie zaczynam tak myśleć. Jest ciężko ale powoli idzie.

Zauważyłem, że pomaga mi słuchanie muzyki na słuchawkach, puszczam sobie i tak potrafię prawie cały dzień, byle nie smuty. Przez to mój mózg przestaje być w wypełniony złym myśleniem, rozpraszam się w pewnym rodzaju i czuję przez to lepiej. Zauważyłem też jeszcze co innego - mi w tym momencie pomaga czasem agresja, gdy przychodzi złe samopoczucie próbuję się na siłę wku**ić, krzyknąć w myślach "ja tu rządzę" i przyjąć "pozycję bojową". Przynajmniej będąc sam tak działam. Najważniejsze jednak przynajmniej dla mnie jest niemyślenie - staram się wyrzucić tą myśl z głowy, powoli zacieram w głowie myśl "jestem chory" i tworzę nową - "wszystko jest stanem umysłu - jeśli czegoś na prawdę chcesz zrobisz to". Tłumaczę sobie sam, że nie mogę być chory, bo jestem młody, nic mi dotychczas nie doskwierało i nagle to nie mogło się aż tak posypać. No i jeszcze raz - NIE MYŚLEĆ O TYM. Zaczynam myśleć? Muzyka, sprzątanie, czytanie czegoś "odmóżdżającego", oglądanie czegoś śmiesznego - jednym słowem NIE DOPUSZCZANIE TEGO DO SIEBIE. Wiem, że to wydaje się trudne, dla mnie również takie jest, ale uzmysłowiłem sobie, że jestem na tyle twardym charakterem, że skoro nie daję za wygraną innym, to nie dam też sobie. I żadnych leków, to - w mojej opinii - tylko kamufluje wszystko. Gdy ktoś ma napady to wiadomo, ale tak radzić wolę sobie bez, psycholog jeszcze w planach jako dodatek. No i za wszelką cenę próba myślenia pozytywnego. Teraz tak robię i na prawdę przynajmniej w tym momencie, dziś, wczoraj - czuję efekty, obym nie "upadł" a może pokonam tego wroga.

Niestety jak mówiłem nie mam poza dziewczyną na kogo liczyć i jeśli sam się z tym nie uporam, przy wsparciu mojej kobiety, to zginę w tym świecie jak zapomniane NIC, a tego nie chcę, mam za dużo marzeń.

Jeszcze raz to powiem, mi centralnie pomaga muzyka w na słuchawkach i w razie gorszego samopoczucia głęboki wdech i jakiś wysiłek, choćby sprzątanie i to MIJA, tak przynajmniej czuję, nie od razu ale mija. Jak kiedyś pojawiało się i trwało, tak teraz po chwili walki ustępuje.

Ina86 - czytam bynajmniej to co piszesz, nie są to też wywody, to ja akurat jestem na ogół mega gadatliwy, potrafię pisać super długie wypowiedzi i prawić niekończące się "morały" więc spokojnie.

Pomaga to też w pewien sposób, bo może człowiek się wygadać i dowiedzieć się co ktoś inny ma na ten temat do powiedzenia. Co do pamiętnika - nie chcę spisywać mych myśli i odczuć na papierze, wolę po prostu o nich zapominać. Raz pewnego dnia "natchniony" złym samopoczuciem napisałem "chory", rymowany tekst aspirujący na psychorap? no może za dużo powiedziane ale coś w tym stylu o tym jak się czuję i szczerze do dziś boję się go czytać... może nie tyle boję co mam niechęć jak do puszki pandory co najmniej, bo źle mi się kojarzy. W ogóle unikam rzeczy które mi się kojarzą z tym co mnie dotknęło, np. okulary które nosiłem gdy miałem światłowstręt po tym, jak je "raz na zawsze zdjąłem" z twarzy - zniszczyłem, łamiąc na kawałki i wyrzuciłem. W ten sposób psychicznie odcinam się od tego co mnie spotkało i staram się wyzbyć tego wszystkiego z głowy.

julkaapril - ja od siebie jak wyżej mogę tylko poradzić "złapać byka za rogi". Miałaś tomograf? Bierz to tak, że on się nie myli, bo się NIE MYLI, no chyba, ze jesteś ułamkiem jakiegoś procenta, no ale nie łatwo być aż tak wyjątkowym 8) więc nie dopuszczaj do siebie takiej myśli. Ja nie byłem na tomografii i w końcu powoli zacieram myśl raka, guza, diabli wie czego i kreślę nową - ZDROWY. Póki się myśli, że coś jest nie tak i dopuszcza taką myśl to będzie się źle czuło - wiem z doświadczenia. Skoro masz hipohondrie to proponuję tak jak ja sam - nie czytać o chorobach, nie wysłuchiwać o cudzych chorobach, a w razie czego pamiętaj - jesteś młoda (tak przypuszczam) i nam, młodym rzadziej przytrafiają się takie choroby, więc zamiast oczekiwać najgorszego pomyśl, że "mnie to nie dotyczy. kropka.". Wiem, że łatwo mówić, ale uwierz - mam podobnie i powoli robię sobie sam takie "pranie mózgu" i idzie to ku lepszemu. Pamiętaj - wszystko jest stanem umysłu!!! Nie jesteś chora, byłaś u lekarzy, pomimo, że to polska i tu "wszystko się może zdarzyć" nie możesz zakładać, że się mylili. Jesteś na początkowym etapie, im prędzej sobie uświadomisz, że to Twój mózg gra z Tobą w szachy tym lepiej dla Ciebie. Rozdanie jest ciężkie ale nie jesteś bez szans - musisz to tylko właściwie rozegrać. Załamując się i poddając skażesz się sama na być może dożywocie w byciu nieszczęśliwą, źle się czującą dziewczyną - NIE MOŻESZ sobie sama tego zrobić, nie możesz się poddać. Pamiętaj - po każdej burzy w końcu świeci słońce, nie zobaczą go tylko Ci, którzy nie zdecydują się spojrzeć za okno żyjąc w błędnym przeświadczeniu, że ono już nigdy się tam nie pojawi...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jak dobrze jest przeczytać tak budujące slowa. Bo kto lepiej nas zrozumie niż osoba, która przechodzi to samo?

Dobrze, że masz osobę, na którą możesz liczyć. To jest najważniejsze. Ja aktualnie jestem w dobrej sytuacji o tyle, że chwilowo mieszkam u rodziców i moja mama jest przy mnie. Trzeźwomyśląca, stanowcza (co w trakcie ataku wywołuje u mnie wściekłość) ale przy tym troskliwa i kochana.. Gdyby nie ona chociażby dzisiaj to nie wiem jakbym sobie poradzila.. Nowy napad zupełnie inny niż poprzednie..ból głowy od dwóch dni a ja oczywiscie mysle o najgorszym ale z podejsciem ze przeciez to niemozliwe wiec nie było jakotakiego ataku tylko taki długotrwały lęk i oslabienie.. Ja oczywiscie już najchetniej jechałabym na pogotowie od razu rezonans bo cholera cos sie dzieje.. Mama zawiozła mnie do domu ..kazała wziąć leki, ktorych się bałam brać..ale wytlumaczyla ze mam byc spokojna ze przepisal mi je w koncu lekarz, ze nic mi nie bedzie a napewno pomoże..i co? Oczywiscie pomogło.. Troche zła jestem na siebie bo ostatnie lęki staralam sie opanować bez..ale cóż tym razem widocznie nie byłam w stanie..uspokojona natychmiast..zajęta przez mamę pierdolami..znów zaczęłam śmiać się z siebie..że umierałam już niewiadomo który raz w tym miesiącu^^ nabawiłam się tylko jeszcze silniejszego bólu głowy niepotrzebnie co mnie tylko utwierdziło w przekonaniu, że to jednak był jakiś nowy objaw lęku..bo tak właśnie boleśnie uchodzi ze mnie stres...

A co do słuchania muzyki..owszem pomaga..ale najbardziej pomaga mi właśnie wysiłek fizyczny..żeby nie myśleć idę zazwyczaj biegać..pojeździć na rowerze..ale niestety czasem bywa i tak jak się zaczęło wczoraj, że fizycznie nie byłam wstanie..ale zaczynam myśleć o gitarze..która zajmie moją głowę a nie bedzie wymagała ode mnie walki z własnym cialem..najpierw walka z umysłem! :) Mimo to jestem pełna nadziei, ze zwalcze to cholerstwo..bo też jestem silnym charakterem i tak jak zgadłeś młodą osobą..dopiero stuknęło mi 23..a w planach jeszcze tyle rzeczy..chociażby kolejne studia i to już niedługo..Wierzę, że się uda..ale rozważam drobną pomoc w postaci psychoterapii..ale muszę znaleźć jakiegoś dobrego psychologa z nfz bo moj psychiatra chodź najlepszy w moim mieście to niestety..drogi..

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Hej jak dobrze było trafić na ten wątek :) he he ja też obawiam się jakiegoś guza w głowie...ciągle o tym myślę,jakiś czas temu miałam potężny atak lęku chyba miesiąc może troszkę więcej temu,wtedy to ściskało mi policzki,u nasady nosa,szczenkę,głowa ciężka jak by wypełniona czymś u potylicy,po za tym uczucie jak bym była na karuzeli,mimo to chodziłam prosta,uczucie otępienia,ale myśli trzeźwe,czasami miałam wrażenie,że mój wzrok jest jak by za mgłą,po za tym również czasem myślałam,że nie umię pisać,no i to wszystko potęgowało strach,kiedy poszłam do neurologa i powiedziała mi,że moje odrychy są prawidłowe,a jej zdaniem to walka nerwów w moim organiźmie troszkę,ale tylko troszkę się uspokoiłam,to znów zaczełam panikować,bo moja morfologia znaczy tylko płytek krwi miałam za mało i bałam się że krew gdzieś mi się wyleje w organie i umrę,potem przez to myślałam o mojej nodze ponieważ mam uczucie ciężkości i ciągnięcia,myślałam,że to zakrzepica zrobiłam wynik D-diner który dla mnie nie wyszedł dobrze,ale według skali mieścił się w normie,ciągle myślałam,że co będzie jak zakrzep się urwie itd,wtedy mi odpuściła trochę głowa,po wizycie u psychiatry,wyciszłyłam się po rozmowie z ludźmi przeszło okres świąt,chrzest dziecka było ok,teraz wraca...od kilku dni ciągle boli mnie głowa,jest to dziwny ból na początku kuło mnie na czubku głowy tak jak by już w potylicy,jak by ktoś szpilkę wbijał (jedno miejsce) czasem przesówało się to do czoła nad prawe oko,później już bolała mnie lewa połówka u góry i dziwny ból jak by kłująco-pulsujący,kilkanaście radzy dziennie,z przerwami,w nocy było ok i spała,wczoraj głowa mi ani na chwilę nie odpuściła,a nawet budziłam się przez nią w nocy :( Niestety wydaje mi się,że nie przez sam fakt,że ona mnie bolała,a przez to,że ja ciągle o niej myślę,nawet mi się śniła,jak się przebudziłam,to mówiłam o jak mnie głowa boli ale czy faktycznie tak było nnie wiem,po raz pierwszy nie umiałam spać tej nocy...Coś strasznego i znów sprawdzam wzrok i włosy..znów boję się,że to ten guz...co robić..a było już tak dobrze,dodam,że walczę bez leków ... staram się.. ale podobnie jak Ty nie dopuszczam do siebie myśli,że to może być nerwica,mimo,że mój lekarz rodzinny,neurolog,psychoterapeuta i psychiatra twierdzą,że to nie objawy poważnej choroby a mojego zranionego umysłu :(!! Pozdrawiam i życze miłego dnia :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Witam ponownie.

Ostatnio jakoś wydawałoby się trochę lepiej - bo mniej myślę o tym. Mam wrażenie, że jeżeli wybiję sobie to z głowy to minie to całkiem. Są gorsze chwile - np. teraz właśnie, kiedy czuję lekki nawrót, ale nie denerwuję się, staram się myśleć o wszystkim byle nie tym i jakoś powoli czuję, że odżywam. Dlatego też staram się jak na razie tu nie wchodzić i nie pisać, bo to skupia moją uwagę na tym. Tak na prawdę to teraz w sumie już dręczy mnie jedynie wzrok i żołądek, ale ten to nie wiem czy od jedzenia które ostatnio jem czy nerwów - jednak staram się nie zwracać uwagi i żyć. Jak dojdę do ładu ze wzrokiem - czego mam nadzieję, to myślę, że będzie już "prawie ok". Wspomagam się tabletkami "SuperOptic" - polepszają wzrok, mam wrażenie, że mi pomagają a mój problem to przemęczenie wzroku od komputera. Tak czy inaczej odezwę się za jakiś czas, zobaczymy co w tego wyniknie.

Ps, nie wiem czy Wy też, ale ja mam problem z czytaniem końcowych wiadomości mojego tematu - do 8 postu licząc od góry widzę a dalej w dół kończy się pasek przewijania...

 

Pozdrawiam

 

-- 05 maja 2013, 23:38 --

 

Witam.

 

Nie chcę chwalić dnia przed zachodem słońca, ale czuję, że jestem o krok od bycia zdrowym.

Już potrafię przez niemal cały dzień czuć się idealnie.

Jeśli ktoś chce wiedzieć jakim sposobem - powiem krótko, zmuszaniem się do pozytywnego myślenia i zapominania o tym, że się źle czuję !!! Jest pewna prawidłowość - zaczynam myśleć o złym samopoczuciu i ono przychodzi i im dłużej myślę tym jest gorzej a im jest gorzej tym ciężej przestać i dłużej wraca dobre samopoczucie. Czyli najgorzej jest na początku, potem już jest z górki. Trzeba się przemóc do myślenia, że jest ok, że to gra psychologiczna, że dobrze się czujemy. A potem gdy zaczniemy rzeczywiście się dobrze czuć - starać zatrzeć w głowie myśli o złym samopoczuciu, nie jest to łatwe ale z czasem przyjdzie. I podstawa, zmienić myślenie, że to nie choroba, i że to przejdzie !!! Bo to nie jest choroba tylko stan umysłu, z tego błędnego koła da się wydostać, trzeba tylko w to uwierzyć i chcieć.

 

Odezwę się za jakiś czas i zdam relację, czy rzeczywiście wygrałem z tym cholerstwem.

Pozdrawiam :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×