Skocz do zawartości
Nerwica.com

oziębłość czy brak miłości


ula1971

Rekomendowane odpowiedzi

Po raz pierwszy odważyłam się komuś o tym napisać. Nie wiem czy problem tkwi we mnie czy w mężu. Jesteśmy 17 lat po ślubie. Chyba niedługo po ślubie zauważyłam, że mąż nie okazuje mi prawie w ogóle czułości. Tłumaczyłam sobie, że nie wszyscy potrafią być spontaniczni. Jednak było mi przykro, o czym mu wielokrotnie mówiłam. Obiecywał, że się zmieni ale nic z tego. Zależało mu tylko na seksie. Nigdy nie cieszył się gdy wracał do domu, nigdy nie zrobił mi żadnej niespodzianki, nie żartujemy razem, nie śmiejemy się (choć w towarzystwie mąż jest zupełnie inny). W stosunku do naszej córki również jest oschły. Często nie odzywał się do mnie, bo mu się nie chciało i dopiero jak miał ochotę na zbliżenie, to potrafił być miły. Ponadto niemal codziennie dochodziło do sprzeczek o drobiazgi (kilka kropel wody na panelach, krzywo ułożone buty itp). Częste są również kłótnie o pieniądze (pracujemy oboje). Generalnie, poza tym, że jesteśmy razem nie widziałam żadnych oznak miłości z jego strony. Już wcześniej miewałam bardzo częste infekcje i bóle pęcherza ale mimo to, żeby mąż nie był obrażony, zgadzałam się na seks. Zresztą jak mówiłam, że mi coś dolega to nigdy nie miałam współczucia z jego strony, tylko narzekał, że on to ma pecha, ciągle jakieś problemy (choć nie mamy ich więcej niż inni ludzie). Generalnie mąż jest pesymistą i uważa, że ma depresję (ale nigdy wcześniej nie był u lekarza - dopiero ostatnio poszedł i dostał tabletki, ale nie mówił co od niej usłyszał). Mówił mi, że jest nieszczęśliwy, co mnie bardzo bolało, bo gdyby mnie kochał, to przecież nie powinien być taki zimny i nieszczęśliwy. 1,5 roku temu dowiedziałam się, że moje problemy z pęcherzem są spowodowane wadą wrodzoną i każda infekcja stopniowo pogarsza mój stan (nie wdając się w szczegóły). Powiedziałam o tym mężowi. Postanowiłam ograniczyć częstość w zbliżeniach i to doprowadziło do następnych kłótni. Mąż oczekiwał, że pomimo moich problemów będę go nadal zaspokajała. Ten okres spowodował jednak, że coś we mnie pękło. Po 4 miesiącach, kiedy kochaliśmy się znacznie rzadziej niż dotychczas, mąż przestał się całkowicie do mnie odzywać. Ja coś mówiłam a on nie odpowiadał lub tylko "służbowo". Traktował mnie jak wroga. Nawet jak byłam chora (silne zatrucie) nie podał mi szklanki wody, choć ledwo stałam na nogach. To trwało rok. W tym czasie nie było także sexu. Przed rodziną udajemy że jest ok. Ostatnio mąż przyszedł, przytulił mnie i zapytał kiedy wreszcie wróci wszystko do normy. Liczył na to, że pogodzimy się przez łóżko. A ja po tym wszystkim zupełnie straciłam pociąg do niego. Uważam, że wcale mnie nie kocha i nie wiem, czy kiedykolwiek mnie kochał. Zawsze miałam nadzieję, że po prostu nie potrafi okazywać uczuć ale teraz zastanawiam się, czy nie potrafi okazywać bo ich po prostu nie ma. Mąż stwierdził, że jestem oziębła. Czy to faktycznie problem leży we mnie? Czy mam się godzić na sex pomimo takiego chłodu emocjonalnego, pomimo tego że wcale mnie już nie pociąga bo ciągle mam w pamięci ten rok i to, że odwrócił się ode mnie. Czy można kogoś kochać i rok traktować go jak powietrze, jak wroga? Czy jestem faktycznie oziębła czy brak ochoty na sex może być wywołane tym, że tak bardzo brakuje mi miłości i uczucia? Czy faktycznie szczęśliwe, uśmiechnięte rodziny występują tylko w reklamie? Może właśnie dlatego jest nieszczęśliwy, że ja mam problem?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Mysle ,ze dobrym rozwiazaniem

dla Was byłaby wspolna terapia

Maz ma problemy,na tym cierpią

wasze wspólne relacje nie jestescie razem szczesliwi.

Istnieje taka mozliwosc?bo te problemy ktore macie to WASZE

problemy i powinniscie je rozwiazywac wspolnie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Bardzo możliwe, że zachowania męża są wyniesione z domu rodzinnego. Może być tak, że rodzice rzadko, lub w ogóle nie okazywali mu uczuć.

Był wychowany w chłodnej atmosferze i dlatego nie umie inaczej.

Ale jest też pytanie - jak było przed ślubem, czy nie zauważałaś tego , czy był inny.

U mnie było podobnie, ale przed ślubem było inaczej lepiej, dużo ciepła, zrozumienia, współczucia. Okazało się, że to była maska, która opadła

po ślubie. Obrót o 180 stopni. W towarzystwie owszem był wesoły, dowcipny bo trzeba było trzymać fason żeby nikt nie zobaczył jego prawdziwej twarzy.

Z seksem było podobnie, ale częściej to on unikał zbliżeń a mnie zarzucał oziębłość.

Okazało się że wyszłam za mąż za egoistę, kompletnego lenia, pozbawionego uczuć wyższych. Proponowałam nie raz terapię małżeńską ale nie zgodził się. Małżeństwo rozpadło się.

Twoja historia przypomniała mi moje małżeństwo.

Też tak jak poprzedniczka jestem za wspólną terapią. Porozmawiaj z mężem, namów go. Jeśli będzie chciał poprawy, lepszych relacji w związku to się zgodzi.

Musicie rozmawiać o swoich problemach i razem je rozwiązywać, musi być wola z obu stron. To jest do zrobienia, trzeba tylko trochę dobrej woli.

Powodzenia.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ten facet jest jakiś nienormalny. I wiesz co? Nie mówię, że jest nienormalny dlatego, że nie umie okazywać uczuć. Tylko dlatego, że normalny facet po takiej informacji od żony, że ją to rani, próbowałby jakoś to zmienić, zastanowiłby się nad sobą, poszedłby do lekarza. Ja w ogóle nie wiem, jak Ty mogłaś z nim wytrzymać 17 lat. Moi przedrozmówcy napisali to bardzo mało dobitnie moim zdaniem. Mnie Twoja sytuacja przeraża. Moim zdaniem już na samym początku należało go odesłać z kwitkiem, skoro widać było, że tak się zachowuje. Szkoda, że związałaś się z takim dziwnym człowiekiem. Moim zdaniem jeżeli po kolejnych prośbach i sugestiach ten gość się nie zmieni, to nie ma się nad czym zastanawiać, tylko odejść, bo jemu po prostu nie zależy. Dziwię się też, jak Ty możesz jeszcze szukać winy w sobie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

ula1971, dla mnie Twój mąż jest osobą pozbawioną empatii. Traktuje Cie przedmiotowo, jesteś dobra, kiedy zaspokajasz jego potrzeby. Nie liczy się z Twoimi uczuciami ani z tym że może np sprawić Ci ból podczas seksu, kiedy chorujesz. Dla mnie to ohydne. Jednocześnie kiedy chce, potrafi być miły - dajmy na to wśród znajomych, albo kiedy chciał się "pogodzić". W mojej opinii partnerzy powinni się nawzajem wspierać, szczególnie podczas choroby. Czy Twój mąż jest dla Ciebie wsparciem ?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Podstawy do terapii to raczej są, ale czy on się zgodzi? Myślę, że nie.

Sam był u lekarza - dostał leki, podejrzewam że był u psychiatry.

Nie ładnie, że nie powiedział żonie na co choruje, na co bierze leki.

Co za nieszczerość, jaki egoizm. Przecież żona powinna wiedzieć takie rzeczy.

Jak tu kochać takiego człowieka.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dziękuję za wszystkie opinie. Potrzebowałam, żeby ktoś spojrzał na to z boku, bo jak się jest w środku tego wszystkiego, to można się pogubić.

Jeśli chodzi o pytanie, czy był dla mnie wsparciem to niestety nigdy. W naszym związku to ja "noszę spodnie". Czy to choroba córki (od urodzenia jest pod opieką CZD, ale ostatnio jest ok.), czy planowanie urlopów, wyjazdów weekendowych itd. zawsze było na mojej głowie. Mąż w przypadku chorób tłumaczył się depresją a w przypadku wspólnych decyzji zawsze był nastawiony na nie. Choć muszę przyznać, że jak już razem byliśmy na wczasach to bawił się świetnie, ale te nerwy i kłótnie przed wyjazdem... Jak czułam się źle, to też nie był nigdy wsparciem - nawet wzbudzał we mnie poczucie winy, że znów coś mnie boli i zamiast iść do lekarza to leżę bezczynnie a to może być np. rak (on nawet w bólu głowy dopatruje się guza mózgu). Jak on miał guza tarczycy, to ja go uspokajałam, bo leżał w depresji, że to na pewno złośliwy. Robili mu rutynowe badania w kierunku raka, ale nawet mu nie mówiłam po co te badania - sama sprawdziłam w Internecie. Dopiero jak wszystko okazało się ok., powiedziałam mu jak się bałam przez ten czas. Tak więc muszę przyznać, że jak są problemy to nie mogę na niego liczyć.

Rok temu poszedł do psychiatry. Dostał tabletki na depresję, ale nie widzę zmiany. Jak pytałam co było na następnych wizytach to powtarzał, że to samo co wcześniej. Jego mama miała depresję i wiem jak to wyglądało. Nie chciało jej się nic, nawet żyć. Mąż tak się zachowywał w domu, leżał i myślał. Ale jak rozmawiał z kolegami, z rodziną to miał dobry humor. A jak jeszcze trochę wypił to bawił się świetnie. Więc myślę, że to może nie do końca depresja.

Dlaczego z nim jestem? Bo chyba pomimo tego, że uchodzę za osobę z silnym charakterem, boję się. Boję się, że będzie to szok dla mojej 16 letniej córki, dla rodziców, dla teściowej (która wyszła z depresji po śmierci teścia i teraz czuje się świetnie), no i szok dla męża. Boję się, że jeśli ma skłonności do depresji, to mógł by to bardzo źle znieść - boję się o niego.

Czy pomoże terapia? Może się zdecydujemy. Ale nie wiem, czy mąż, który ze mną przez tyle lat nie rozmawiał o tym co czuje teraz otworzy się przede mną i jakąś obcą osobą.

No i było jeszcze pytanie jaki był przed ślubem. Był dobry i czuły. Uśmiechnięty. Wydawał się szczęśliwy. Po ślubie bardzo się zmienił, jakby problemy dnia codziennego go przerosły. To się nasilało. Był niezadowolony z pracy, z mieszkania, z tego że nie stać nas na to co on by chciał. Chciał żebym pojechała za granicę zarabiać. Ja nie wyobrażałam sobie rozłąki na tak długo i to dla pieniędzy. On mówił, że bez pieniędzy nie ma szczęścia (w dużym uproszczeniu). Wtedy pierwszy raz zastanawiałam się, czy on wie co to miłość. Potem urodziła się córka, chorowała. Początkowo to nas zbliżyło, potem oddaliło. On nigdy nie umiał się cieszyć tym co ma. Nawet jak coś kupił, od razu szukał wad.

Za co go kochałam? Może kochałam go pomimo wszystko, a nie za coś.

Czy kocham nadal? Nie wiem. Tak jak pisałam ostatnio coś we mnie pękło i teraz sama już nie wiem. Ale lubię patrzeć jak się śmieje w towarzystwie. Szkoda tylko, że nigdy tak nie było ze mną.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Mysle,ze ta oziebłosc wynika z jego stanow depresyjnych,dlatego

ja tutaj zalecalam psychoterapie.

Mimo wszystko to moze duzo zmienic jesli sie sukcesywnie pracuje na terapii.Powodzenia.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

ula1971, wychodzi na to, że głównym powodem dla którego ciągniesz ten związek, są osoby trzecie : bo córka, bo mąż, bo teściowa.... a Ty na szarym końcu ? Córka za 2 lata będzie dorosła. Spróbowałabym terapii. Daj mężowi do zrozumienia, że powinniście oboje pracować nad związkiem, bo źle się w nim czujesz. Jeśli mu jeszcze zależy, to zawalczy o małżeństwo. Jeśli nie..... to sprawa jest jasna.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli ktoś da radę przeczytać mój post - to osiągnie mistrzostwo świata, a ja z góry dziękuję za poświęconą uwagę.

 

Wnioskuję z Twojej wypowiedzi Ulu, że mąż dobrze maskował się przed ślubem.

Nie warto robić coś dla ludzi, żyj dla siebie i dziecka. To że się ma depresję to nie znaczy, że ma się być zimnym egoistą.

Jeśli Twój mąż od początku małżeństwa ma depresję to po prostu razem z teściową oszukali Cię i wyszłaś za mąż za chorego

człowieka nic o tym nie wiedząc

 

Ulu

widzę, że masz jeszcze dużo energii i empatii w stosunku do męża, ale pomyśl na jak długo Ci jej wystarczy.

Jak długo jeszcze dasz radę być matką nie tylko dla córki ale i dla męża. Bo nie jesteś tylko jego żoną, ale przede wszystkim

matką,, opiekunką.

 

Nie namawiam Cię do żadnych drastycznych kroków, ale do przemyślenia tematu, do poważnej, rzeczowej rozmowy z mężem.

Niech on się w końcu weźmie w garść i zacznie żyć jak normalny człowiek.

 

Tobie na pewno przyda się terapia żebyś mogła wytrzymać w tym kotle. Bo takie życie to jak kocioł.

Mąż chodzi do psychiatry to może go poprosić o skierowanie na psychoterapię.

 

Opowiem Ci po skrócie moją historię, już trochę wcześniej pisalam- może pomoże wyciągnąć

stosowne wnioski do dalszego działania.

 

Jestem z natury bardzo energiczną osobą.

 

Miałam 22 lata jak wyszłam za mąż - za bardzo czułego, wyrozumiałego, empatycznego człowieka.

 

Po ślubie wszystko się zmieniło. Okazalo się, że jest egoistą pozbawionym zdolności do kochania,

wzięcia odpowiedzialności za siebie i swoją rodzinę.

 

To ja byłam osobą chodząca w spodniach.

Sprawy urzędowe, domowe - opłaty, dbanie o budżet, naprawy, zakup sprzętu, mebli itd,

załatwianie wczasów, poszukiwanie przedszkola dla dziecka, zaprowadzanie i odbieranie

dziecka z przedszkola, wywiadówki w szkole, wizyty z dzieckiem u lekarza,

pomaganie dziecku przy lekcjach, itd, itd robiłam ja.

 

Nadmieniam, że cały czas pracowałam i to ciężko, bo albo w szpitalu ciągle na nogach czasami

po 24 godziny, albo w terenie biegając przez cały dzień po schodach.

Mąż ciągle zmęczony, tylko wymagał i rządził.

 

Jak coś się działo lub były nieporozumienia to udawał, że jest chory, prowokował sytuacje

zmierzające do wzbudzenia do siebie litości, zaopiekowania się nim.

Wiadomo chorego się nie czepiałam.

Nigdy nie powiedział słowa - kocham Cię, przepraszam. Czułość okazywał mi tylko

przy okazji seksu. Poza łóżkiem zimny drań.

 

On zawinił a ja przepraszałam, łagodziłam, doprowadzałam sytuację do normalności.

 

Nigdy nie pomógł mi w najważniejszych wydarzeniach w moim życiu :

 

gdy wychodziłam po próbie samobójczej ze szpitala /było to rok po ślubie/ -

to nie było komu odebrać mnie ze szpitala- myślałam ze się spale ze wstydu a per-

sonel był w szoku, dla mężusia praca była ważniejsza.

 

gdy umierał mój ojciec i musiałam jechać do niego do szpitala mąż

nie chciał odebrać dziecka z przedszkola - powiedział - nie będę

nikogo odbierał z jakiegoś przedszkola - oczywiście w końcu odebrał, bo powie

działam, że mnie to nie interesuje najwyżej córka będzie tam siedziała do wieczora.

 

Gdy w ostrym stanie, w ciężkich bólach musiałam pojechać do szpitala to oczywiście

byłam sama. Przez 10 godzin sama z torbą i paltem w ręku biegałam po schodach

z piętra na piętro na badania. Okazało się, że było to zapalenie trzustki.

 

Gdy miałam kłopoty w pracy i groziło mi stracenie pracy nie pocieszył, nie wspierał

lecz krzyczał że to wszystko moja wina.

 

Za pieniędzmi latałam ja - dorabiałam, dodatkowe dyżury nocne, dodatkowa praca

popołudniami, a mąż w tym czasie siedział w fotelu i pił kawkę.

Gdy wracałam do domu po dyżurze z poranionymi nogami od butów, które poobcie-

rały skórę do krwi musiałam w domu posprzątać, ugotować, poprać .

W tym czasie gdy pracowałam, wszystko biegiem żeby jak najprędzej wrócić do domu

bo mój mąż nie robił nic, wszystko czekało na mnie.

 

Zazdrosny o wszystko i o każdego. Kompletny egoista. Wszystkie odłożone pieniądze

wydawał na siebie, dla mnie i dla dziecka zostawały tylko ochłapy lub często nic.

 

W towarzystwie uśmiechnięty, zabawny, dowcipny, komplementujący kobiety,

a po powrocie do domu od razu zmęczony, dbający tylko o siebie, ciągle nie zadowolony.

 

Jak było coś nie po jego myśli gniewał się, nie odzywał, dzień, dwa a potem jakby nigdy

nic wracał do poprzedniego stanu rzeczy.

 

Rozmawiać o poprawie naszego związku nie chciał, to ja zawsze byłam ta zła, winna,

chora psychicznie, która powinna się leczyć a on w żadnym wypadku.

 

Mogę tak podawać przykłady bez końca.

 

A ja w tym wszystkim:

 

Pełna energii, zdyscyplinowana, zorganizowana nie mająca czasu żeby nawet pomyśleć

że jestem w KIERACIE, że żyję z egoistą, despotą, człowiekiem nie zdolnym do życia

w małżeństwie.

 

Kiedy się z orientowałam minęło sporo lat.

 

Gdy moja córka miała 16 lat zapytała mnie - "mamo jak mogłaś wyjść za mąż za takiego chama

i prostaka. Ja jak wyjdę za mąż to za takiego który będzie mnie szanował, pomagał, gotował, sprzątał,

nie dam się tak zaorać tak jak Ty. Mój mąż będzie troskliwy i czuły".

 

I dziś tak ma.

 

Rozwiodłam się, gdy córka miała 18 lat i powiedziała mi wtedy "mamo trzeba było nie patrzeć na mnie

i rozwieść się wcześniej. Ja i tak wszystko wiedziałam i nie miałabym do Ciebie pretensji"

 

Po rozwodzie mieszkamy nadal razem, mąż nie daje rozkwaterować mieszkania.

Jak pies ogrodnika trzyma mnie przy sobie. Ja nie mam gdzie pójść, a wszystkie drogi rozkwaterowania

już wyczerpałam. Nic nie mogę załatwić bo on nie chce współpracować.

Tego nie przewidziałam. W sądzie na rozprawie mówił co innego, na wszystko się zgadzał,

a za drzwiami sali sądowej śmiał się i powiedział, że się zemści, zniszczy mnie.

 

I tak zrobił.

Nie wychodzę od psychiatry, ze zdrowiem coraz gorzej, wszystko wysiada po kolei.

Jest tak bo nadal mieszkam ze swoim oprawcą.

 

Po rozwodzie nagle okazało się że umie ugotować, uprać, załatwiać sprawy urzędowe, sam zadbać o swoje

potrzeby. Potrafi być dla mnie miły, uprzejmy, zrobić mi zakupy gdy jestem chora, nawet samemu się tym

zainteresować.

 

I co z tego skoro moja miłość do niego już dawno wygasła, nie uszanował jej, zniszczył ją, zdeptał.

Oprócz nienawiści nie czuję do niego nic, a życzenia dla niego mam jak najgorsze.

 

Tak się kończy miłość i wyrozumiałość dla człowieka, który się maskuje, nie umie kochać, dba tylko o siebie

i swoje potrzeby. Miał dobrą, kochającą, troskliwą matkę, a ojciec był zimny, milczący, nie zainteresowany

braniem czynnego udziału w życiu rodziny.

 

Niestety dopiero po ślubie teściowa powiedziała mi, że wyszłam za mąż za człowieka o bardzo ciężkim

charakterze, że jest podobny do ojca i dlatego często się kłócili, że nie będę z nim miała dobrego życia.

 

A gdy teściowa chodziła do kościoła to dziękowała bogu, że ja zabrałam go od niej - tak mi powiedziała

w kilka lat po moim ślubie, gdy była wzburzona po kłótni z moim mężem.

 

Czy widzisz w mojej historii elementy podobne do Twojego życia.

 

Mam nadzieję że mój obszerny post da Ci wiele do myślenia i pozwoli na obranie właściwej drogi

do poprawy sytuacji rodzinnej do podjęcia działań które pozwolą ci na szczęśliwsze życie.

 

Życie na siłę tylko dla kogoś nic nie daje. Trzeba przede wszystkim dbać o siebie, a potem dopiero

o innych.

Ja to zrozumiałam dopiero po latach, po kilku psychoterapiach na których poznałam siebie,

mechanizmy swojego postępowania, kiedy dowiedziałam się jakie są źródła mojej nerwicy.

 

Dziś są to już organiczne zaburzenia osobowości

- mam skłonności do mikro udarów, które zmieniają moja osobowość.

 

Jeśli ktoś dał radę przeczytać to wszystko to gratuluję wytrwałości i myślę, że moja

opowieść będzie dobrą lekcją życia, przestrogą nie dla jednej osoby.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Do Gracja.

Bardzo dziękuję Ci, że opisałaś swoje doświadczenia. Tak wiele z tego co napisałaś pasuje do mojego życia... Momentami jakbym czytała własny pamiętnik. Jednak muszę przyznać, że u mnie nie jest aż tak źle. Nie ma miłości ale nie ma też nienawiści i złośliwości. Twoja historia jest dla mnie przestrogą i dała wiele do myślenia. Jestem Ci bardzo wdzięczna, że podzieliłaś się ze mną swoimi przeżyciami. Mam nadzieję, że wkrótce poukłada nam się wszystko w życiu i będziemy szczęśliwe.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

To ja byłam osobą chodząca w spodniach.

Sprawy urzędowe, domowe - opłaty, dbanie o budżet, naprawy, zakup sprzętu, mebli itd,

załatwianie wczasów, poszukiwanie przedszkola dla dziecka, zaprowadzanie i odbieranie

dziecka z przedszkola, wywiadówki w szkole, wizyty z dzieckiem u lekarza,

pomaganie dziecku przy lekcjach, itd, itd robiłam ja.

 

 

Mąż ciągle zmęczony, tylko wymagał i rządził.

O rany..to jak u mnie. Na szczescie mam to juz za soba. Moj obecny mezczyzna czesto jest zdziwiony, ze doceniam jakies drobne gesty,ktore wedlug niego sa zupelnie naturalne w stosunku do swojej partnerki a dla mnie to kosmos bo nigdy nikt o mnie nie dbal i zachwyca mnie ta jego troska , opiekunczosc, myslenie o moim komforcie. Gdybym wiedziala , ze tacy sa mezczyzni rozwiodlabym sie juz kupe lat temu :roll:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Mam nadzieję że mój obszerny post da Ci wiele do myślenia i pozwoli na obranie właściwej drogi

do poprawy sytuacji rodzinnej do podjęcia działań które pozwolą ci na szczęśliwsze życie.

 

Dziękuję za ten post.

 

Nie mam pojęcia, co zrobić ze swoim życiem.

Ale na pewno będę nad tym myśleć.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×