CHAD, Depresja, PTSD, DDA

Inne zaburzenia.

CHAD, Depresja, PTSD, DDA

Avatar użytkownika
przez RepairMySoul 07 sty 2017, 21:22
Czołem, zdecydowałem się "wrócić(?)" na forum i wyrzucić z siebie szajs a przy okazji odszukać chociazby małą opcje pomocy.
Nie wiem ile lat to wszystko juz trwa, 9, 10?
Tak czy owak postaram się strzeszczać.
Domu nie miałem, rodzice to alkoholicy, miałem wątpliwą przyjemność oglądania scen skonczonej patologi (Polewanie matki wrzątkiem przez ojca gdy ta nie chciała dać mu na wódkę, bicie jej, upokarzanie, gdy jako mały bombel próbowałem wkraczać i "ratować mamusie" z reguły lądowałem na scianie, kilka scen seksualnych które działy się obok mnie, kilkudniowe jedzenie cukru i zgnitego chleba po opiekunowie poszli w tango i inne "takie")
Matka wkońcu się obudziła i ucieklismy od ojca.
Gdy w wieku 7 lat trafiłem do pierwszego domu dziecka byłem molestowany seksualnie przez starszych wychowanków (Pamiętam tylko początek zdarzenia i jego koniec, gdy to wychowawca wparował do pokoju-reszty informacji nie posiadam)
Po kilku latach sytuacja powtórzyła się w innej placówce, sytuacje całą pamiętam-coś na zasadzie "Dotknij albo.."
Zdarzało mi się wybudzać w nocy w wieku 9, 10 lat i widziec np płaczącego anioła, wczesniej uznawałem to za sen albo wyobraznie zagubionego dziecka-teraz jest inaczej.
Największy problem z samym sobą zaczął sie po wkroczeniu w nastoletnie życie, nie nadawałem się do niczego, jedyne co miałem to niezliczone pokłady bystrosic i inteligencji (Którą przez lata znikała powoli razem z szacunkiem do samego siebie jako istoty myślącej)
Po wyjściu z domu dziecka musiałem radzić sobie sam, nie miałem nikogo kto mógłby mnie wspierać, nie dostałem wyprawki i innych rzeczy który napewno ułatwiły by mi start już z i tak za dużym bagażem doświadczeń.
Mnóstwo prochów, wizyt u "specjalistów" i terapii doprowadziły mnie konieć końców do (chyba) ostatecznej diagnozy, jaką jest CHAD-wszystko zaczeło układać sie w całość, zauwazyłem kiedy miewałem epizody i jak się kończyły,
Rok temu poznałem dziewczynę (Z reguły gdzieś w tym wszystkim poznajemy miłość, prawda?)
Sprawa świetna, absolut, monument, jakby sam wszechświat szczerze się do mnie usmiechnął i rzucił mi w pysk najpiękniejszą galaktyką (Nie żeby wybranka mojego serca i duszy ważyła za dużo, hehe!)
Zawsze byłem strasznie emocjonalnym i wrażliwym gosciem, jezeli czegos nauczyło mnie to co widywałem w domu to:
-Alkohol to skończony szajs
-Nigdy nie podnoś ręki na kobiete
-Szanuj kobietę
Został mi wstręt do alkoholu którego nie dotykam od lat kilku, dla mnie nie istnieje, nie jestem również jakiś skrajny w tym-by np nie pozwalać osobom w moim otoczeniu pić.
Strach przed odrzuceniem, brak szacunku do samego siebie, często doprowadzał do "ataków" gdy to obrażałem samego siebie, tak jakbym chciał siłą i jakąs pieprzoną manipulacją wyciągać informacje przeciwne wysnuwanym wtedy chorym tezom, z reguły byłem zamykany w jej ramionach i w kilka minut doprowadzany do ładu, ale nic nie trwa wiecznie, kilka miesięcy temu najzwyczajniej zabrała rzeczy i wyszła z mieszkania, i tutaj zaczyna sie rollercoaster:
Kilka dni póżniej zmarł mi moj kot-fajny był z niego gość.
Straciłem pracę a to co we mnie, cała ta plugawa ciemność zawładneły mną tak bardzo ze juz sam nie wiem ile jest MNIE we MNIE.
Wyladowałem na izbie w szpitalu psychiatrycznym, z pociętymi łapami, spuchnietymi oczyma i rozj** serduchem.
Brat mnie stamtąd wyciągnął, kilka dni płaczu, przedawkowywania psychotropów i jakoś udało mi się znależć prace i znów zacząć walczyć.
2 tygodnie temu dostałem telefon od wybranki swojego serca, przepraszała za to co się stało, w ciągu kilku godzinnej rozmowy przez telefon ustalilismy kilka rzeczy a to co wtedy mówiła przekonało mnie do złamania jednej ze swoich (juz nie) stalowych zasad: "Żadnych powrotów, nie wazne jak boli"
Wróciła do Poznania, spotkaliśmy się, pogadalismy, wylądowaliśmy w łóżku.
Niestety okazało się ze "czuje się teraz jak robot", nie ma w niej teraz emocji a mimo to mnie kocha (całkowicie sprzeczne z tym co usłyszałem wtedy przez telefon)
Nie chce odemnie jakiejkolwiek odpowiedzialności za mnie, wygląda to troche tak jakby chciał tylko odemnie to co dobre, a ze smutkiem mam radzić sobie sam- i HEJ, rozumiem to, chorobą mają zając sie specjalisci i JA, ale czy nie o to chodzi zebym dostał chociaz odrobinke wsparcia? just some..
Jestem sam, poza Nią-nie mam nikogo.
Mam epizod depresyjny, nie mam pracy (cały czas staram się ją znalezc), zadnych pieniedzy i nawet cholernego ubezpieczenia by iść do specjalisty (brak dowodu osobistego uniemozliwia mi staranie się o darmowe ubezpieczenie z urzędu pracy)
Nie mam z kim pogadać, i to w tym wszystkim boli najbardziej, mysli samobójcze pojawiają sie coraz czesciej, na rękach nie mam juz miejsca (wszystko pocięte)-Karam samego siebie za naiwność i wiare w ludzkie słowa.
Z moją ukochaną wymieniamy jednego smsa dziennie, zawsze gdy ja to zainicjuje i dostaje w pysk jej irytacją i ciągłymi odmowami gdy proszę o spotkanie.
Zostawić mnie nie chcę, a ja nie potrafie, i tkwie w tym wszystkim czekając na cud od losu.
Dzisiaj kolejny "głuchy" dzień, nic, a ja boję sie zadzwonic, napisać, spytać czy mogłaby się ze mną zobaczyc, czuję sie jakbym "szmacił się za uczucia" i to nie fair, jestem dobrym typem, nie ranie ludzi a z reguły spotyka mnie szajs.

Jezeli jest ktoś tutaj, kto ma jakikolwiek pomysł, mógłby się ze mną porozmawiać, spotkać (Poznań)
Byłoby miło..
Chciałem rownież zapytać czy bez dowodu i waznego ubezpieczenia moge liczyć na jakąkolwiek pomoc od państwa?
Mam kilka dni na czynsz, i o zgrozo, wszystko wskazuje na to ze ten chory psychicznie naiwniak wyląduje na ulicy.

Mam nadzieję ze ktoś to przeczyta i był w podobnej sytuacji, pozdrawiaj was ciepło, hej!
Avatar użytkownika
Offline
Posty
119
Dołączył(a)
02 maja 2010, 11:38

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 8 gości

Przeskocz do